Leica M10 to powrót do przyszłości

Leica M10 to powrót do przyszłości 1080 720 FotoPropaganda

Nie muszę pewnie nikogo zapewniać, że marka Leica ma dla mnie dokładnie taką samą podświadomą moc jak jest to opisywane na różnych blogach fanbojów tej marki i wielkich wyznawców spod znaku czerwonego kółeczka. Tak. Tak. Przyznaje się bez bicia i będę to w sobie pielęgnował – Leica to nie jest po prostu aparat. Marka ta ma w sobie prawdziwe DNA fotografii. Śmiejcie się i wyśmiewajcie ile chcecie. Nie przekonacie mnie, że to tylko zbiór mechaniczno-elektronicznych elementów. Tak mam i koniec. Z tym większą przyjemnością, skorzystałem z uprzejmości Leica Polska w osobie Sławka Kaspera i przytuliłem najnowsze dzieło oznaczone M10 na kilka dni zaledwie. Tak, aby poczuć troszkę tego, czego sam nie wiem jak nazwać.

Ten wpis to nie jest żadna recenzja. Zresztą, o tym aparacie napisano już chyba wszystko. Wszystko co dobre i wszystko co złe. Podsumowano wady i zalety i tyle. Teraz pozostaje po prostu nim fotografować i czekać na anons wersji M11…  :) Zanim jednak poznamy kolejną barierę finansową nowego modelu (obecny kosztuje 31.000 zł za samo body) pozwolę sobie podzielić się z Wami kilkoma wrażeniami. Czy Leica M10 jest lepsza niż moja pierwsza Leica M6 classic? Czy aparat ceniony na ponad 30kPLN jest wart każdej wydanej nań złotówki? I co z kolorami, które w Leica M9 tak uwielbiałem, czy nadal w obrazku generowanym z puszki jest to coś… Leicowe coś?

Dieppe, Normandia, lato 2018

Jeśli miałbym odpowiedzieć w krótkim, żołnierskim raporcie, co myślę na temat Leica M10, to chyba wielu z Was zaskoczę. Wrodzone malkontenctwo oraz niechęć do powtarzania zasłyszanych byle gdzie opinii mnie blokuje mocno, ale muszę to napisać uczciwie.

Fotografowanie Lecia M10 to powrót do przeszłości dla mnie, w wydaniu powrotu do przyszłości technologicznej.

Powrót do fotografii najbardziej niewinnej i nieskażonej technikaliami oraz kalkami w głowie z lat, gdy bez zastanowienia fotografowałem wszystko i wszystkich. Cokolwiek się napatoczyło i było warte klatki na filmie 35mm. Od pierwszego uchwytu w towarzystwie najprostszego, maluteńkiego Elmarita 28mm ten aparat wpasował się we mnie. W rękę, w ramię, w workflow. Oczywiście, eskaluje tutaj trochę te odczucia, ale zdałem sobie sprawę, że te zwykłe fotografowanie przynosi mi najwięcej radochy. Ślęczenie rankami i nocami nad morzem w poszukiwaniu naświetlenia 3-4 minutowego jest ok, ale przeradza się często w czystą technologię fotograficzną. Tutaj, z tym małym byle czym w ręce po prostu robię zdjęcia.

Tak, tak. Już słyszę, jak wielu z Was mówi, że to samo mogę robić każdym innym, małym aparatem niekoniecznie za takie pieniądze kupionym. To racja. Nie zaprzeczam. Niemniej, staram się na chwilę wyzwolić z kajdanek cenowych jakie zakłada nam Leica. Skupiam się na samym narzędziu. I to nie na warstwie technologicznej, bo się na niej po prostu już nie znam. Skupiam się na jednak poetyce fotograficznej. Na poezji uprawiania fotografii. Leica M10 w pełni wpasowuje się w poetyckość sztuki fotograficznej. Wykastrowanie aparatu ze zbędnych guzików, prztyczków, przełączników, dżojstików i pozostawienie tylko niezbędnej ich ilości do ustawień, to był strzał w dziesiątkę. W dodatku, ja jestem dość banalnie fotografującym fotografem w kwestii ustawień… używam praktycznie cały czas priorytetu przysłony. Nie umiem jedynie używać automatycznego ISO, bo mam wpisane gdzieś pod czaszką, że ISO jest niezmienne. Kiedy używałem filmów, po prostu tak było. Założyłem 400ISO to musiałem pracować pod te czułość i tyle. I tak mi zostało. Praktycznie nie zmieniam ustawień ISO w żadnym z moich aparatów, a automatyczne dobieranie ich przez aparat jest dla mnie kompletnie poza zastosowaniem. Aparat ma mną rządzić!? No way!

Wracając… Leica ma wizjer, pokrętło korekcji czy jak chcemy czasów i siup…. robisz zdjęcie. Oczywiście, że gdzieś głębiej napakowana jest tymi wszystkimi live view i jakiś focus peaking czy coś, ale po cholerę Wam to? Przynajmniej w tego typu fotografii, jaką uprawiam ja są to rzeczy zbędne i dlatego też po przygodzie z x-pro2 wiedziałem, że Fuji idzie w kierunku dla mnie niepotrzebnym. Przepakowania wszystkiego, wszystkim. Może to i komuś jest potrzebne, ale mi przeszkadza sam fakt posiadania tego wszystkiego na aparacie. Można tego nie używać, jasna sprawa, niemniej wolę klasyczny minimalizm.

Obrazek wyłażący z Leica M10 nie jest żadnym cudem świata. Zresztą, przyznam otwarcie, jedynym aparatem, który mnie rozłożył w warstwie generowanego JPG’a był i jest… x-pro2 :) Tak. Dokładnie tak. Po prostu mi podchodzi taka kombinacja świateł, cieni i te ich symulacje. Czy więc obrazek z M10 jest zły? No oczywiście, że nie. Jest świetny. Jest gorszy niż z M9 uzyskiwałem, ale tutaj robię poprawkę na szkło, które miałem. Gdy się używa Summiluxa 50 z Leica M9 to na tym łez padole nie istnieje praktycznie niż lepszego niż zdjęcie zrobione tym setem. Mam nadzieję, że przyznacie mi rację – Ci co takim setem pracowali. Niemniej, obrazek z M10 jest Leicowy i tego nie da się zanegować. Tutaj musi paść sakramentalne… no i co z tego, skoro kolory sobie każdy teraz dopracowuje w LR. I to jest racja. Nic z tego. Zresztą, jak na złość ubarwiłem ten wpis fotografiami przerobionymi na BW :) Tak na złość, abyście musieli sami kupić Leica i sprawdzić. Poza tym.. .co to znaczy kolor w obecnych czasach. Na każdym monitorze co innego, każda matryca pokaże Wam inny odcień, a każda drukarka wydrukuje inaczej. Nawet czarno-białe zdjęcia nie są w sumie czarno-białe. Czy to nowość? Wcale nie – filmy też kiedyś był różne. Kolor zależy wyłącznie od Waszego pomysłu na efekt finalny zdjęcia. Po co w takim razie piszę o “kolorach Leica”… bo istnieje na pewno jakaś prawidłowość w sposobie symulacji kolorów zadana przez producenta matrycy. I można ją zobaczyć zapewne na JPG’ach.

Ale odbiegłem… czy ten aparat ma wady. Tak. Jedną wielką i zasadniczą, którą zostawiłem na koniec, bo wiąże się z moją ułomnością nabytą i niestety jest ta wada fundamentalna obecnie w mim sposobie fotografowania. Otóż, od ponad roku widzę na jedno oko. Na szczęście to “lepsze” widzenie mam w oku, którym fotografuje, czyli lewym pomimo, że jestem praworęczny. Nadal jednak muszę nosić okulary, bo jak “utraciłem” widzenie w prawym, to się okazało, że lewe ma wadę :)  Robię więc zdjęcia w okularach. I w tym miejscu Leica M10 poległa! Mając obiektyw 28mm, nie jestem w stanie widzieć ramek. Czyli dyskwalifikacja. Za każdym razem, muszę okularu zsuwać na czubek głowy, jak robią to starsi panowie i dopiero kadrować. Sami rozumiecie, że to w 80% dyskwalifikuje metodologie pracy dalmierzem – cały street odpada prawie, bo jak tutaj złapać decydujący moment mając workflow cały trwający dobre 5 sekund :) Gdy odruchowo podciągałem aparat bez zdejmowania okularów, nie ma za chińskiego boga możliwości zobaczenia ramek 28mm. Ramka 35mm też jest średnio widoczna, musiałbym wbić okular mój bardzo mocno w wizjer. Pozostaje więc ogniskowa 50mm, z tym nie ma problemów oraz… live view. Ale zapłacić tyle kasy za aparat, którym będę robić zdjęcia jak japoński turysta i to tylko ze szkłem 50mm!? Tak więc pomimo całej lubości mej do dalmierzy, a zwłaszcza do Leica M10 jest to aparat nie dla mnie. Pozostają opcją dalmierze z EVF lub takie konstrukcje wizjera, które dają szansę okularnikom.

Odetchnąłem w sumie po powrocie, bo znalazłem pełne i rzetelne usprawiedliwienie do niekupowania aparatu za 30kPLN. Takie życie :)

Czy Leica M10 jest warta swojej ceny? Myślę, że w wypadku takich brandów nie chodzi o to, czy jest warta czy nie. Czy samochód za milion euro jest wart tyle? Nie ma na to odpowiedzi poza tą słynną… jeśli ktoś tyle zapłaci, to jest wart. Niewątpliwie Leica M10 to był świetnych ruch koncernu. Przemyślany i dobrze spozycjonowany w kierunku wymagającego i fanatycznie nastawionego klienta (w dobrym znaczeniu słowa: fanatycznie). Dla mnie jest tym, co oczekiwałem po czasach M9. To logiczna konsekwencja tamtej kultowej już produkcji sprzed kilku lat. Nie wiem co jeszcze wymyśli Leica w kolejnym modelu M11, ale jak dodadzą gibany ekranik, to umrę na zawał.

Dalmierze klasyczne to nadal inny rodzaj fotografii. Nie mają nic wspólnego z dalmierzami cyfrowymi. Boję się jednak, że prędzej czy później seria M dorobi się wizjera EVF… i to chyba będzie niestety wymóg rynku i próba walki o nowy segment klienta.

Na sam koniec zostawiłem najważniejszy smaczek. Dla osób fotografujących Leica nie będzie on zaskoczeniem, ale w dobie automatycznych aparatów jest on podstawą swobodnego i przyjemnego fotografowania. Chodzi o pomiar światła. I muszę Wam powiedzieć, że:

Pomiar światła w Leica M10 jest idealny. Idealnie celnie trafia w mój sposób pracy.

Tutaj po prostu nic się nie zmieniło od czasów M6. Nie wiem jak oni to robią, ale pomiar światła w Leica jest naprawdę akuratny. Jeśli w dodatku mierzysz światło na uśrednioną Twoim zdaniem scenę lub na element, który wiesz, że ma być dobrze naświetlony i blokada spustu nie jest powiązana z AF (no bo jak!:) ), to się okazuje, że Leica zawsze trafia. I to jest wspaniałe w tym maluchu, że ja po prostu nie mam tam powtórek, bo 95% jest naświetlone poprawnie.

Dieppe, Normandia, lato 2018

3 komentarze
  • Piotr

    “Nie wiem co jeszcze wymyśli Leica w kolejnym modelu M11, ale jak dodadzą gibany ekranik, to umrę na zawał.”

    Nie no, po co komu odchylany ekran…? Ale możliwość wymiany matrycy na płyty szklane mogliby dać, nie? ;)

    ” Jeśli w dodatku mierzysz światło na uśrednioną Twoim zdaniem scenę lub na element, który wiesz, że ma być dobrze naświetlony i blokada spustu nie jest powiązana z AF (no bo jak!:) ), to się okazuje, że Leica zawsze trafia.”

    Tak z ciekawości – a jaki aparat w takich warunkach nie trafia z ekspozycją przy pomiarze centralnie ważonym? (Ok,bo sztuczna inteligencja pomiaru matrycowego to inna bajka)

  • A.Mason

    Z tym wizjerem, to jeśli nie zmieniasz aparatów i obiektywów jak rękawiczek, da się nauczyć kadrowania bez widoczności ramek :)

    Wydaje mi się, że tego typu aparaty konsekwentnie trzymają się kierunku, który pozwoli im się zbliżyć także do młodszego pokolenia, wychowanego na smartfonach. Sam od jakiegoś czasu, trochę z przymusu, fotografuję niemal tylko telefonem i łapię się na tym, że coraz mniej mi potrzeba wszystkich tych funkcji i przycisków, jakie mam nawet w “małpce” FujiFilm X10. Z tego powodu np. niedawno wypuszczony na rynek Fujik XF10 jest dla mnie (potencjalnie) dobrym aparatem, pomimo że w sieci przyjęty został ozięble ze względu na to, że jest to “małpka”.

Komentowanie zamknięte.