Raz w życiu

Raz w życiu 1080 720 FotoPropaganda

Przyczynkiem do tego posta stała się rozmowa przy tzw. śmietniku osiedlowym. Traf, los wspaniały sprawił, że mam na osiedlu dwóch sąsiadów fotografów. Normalnych ludzi. I podczas, gdy jazgot naszych latorośli przenosi się spod śmietnika w drugi rejon, oczywiście ogrodzonego (!), osiedla, to mamy wówczas kilka chwil na wymianę myśli fotograficznych. Tak się stało, że pośród tej trójki, ja jestem jedynym amatorem. Pozostali dwaj fotografowie żyją lub próbują żyć z fotografii i wychodzi im to całkiem niezgorzej. Publikacje, zlecenia… kręci się. Robią co lubią.

Ale nie o tym ja żem chciał. Otóż, w trakcie jednej z takich śmietnikowych dysput przenieśliśmy się na, ostatnio bardzo chwytliwy, grunt fotografii ślubnej. Pewnie powodem tego był rozpoczynający się właśnie nowy sezon ślubny. I tutaj uroiła mi się pewna myśl, z którą chcę się podzielić

Kiedy zacząłem interesować się fotografią na poważniej, miałem pewnie ze 12 lat. Szkoła podstawowa na Żabiance miała oczywiście (tylko wówczas to było oczywiste!) pracownie fotograficzną z ciemnią, rzutnikami, suszarkami itp. Pan od ZPT’ów opiekował się tym cudem i spędzałem tam godziny lejąc bezkosztowo wywoływacz i latając najpierw z DRUH’em, a potem ze Smieną od wujka po całym osiedlu. To oczywiście była zwykła amatorka. Pięknymi chwilami były natomiast wizyty w zakładzie fotograficznym na piętrze przy osiedlowym deptaku, gdzie fantastyczna pani prowadziła prawdziwy zakład fotograficzny z monstrualnym aparatem robiącym piękne negatywy. Byłem tam kilka razy w życiu jako dzieciak, a to po zdjęcie do legitymacji, a to po Komunii Świętej, a to zwykły portret studencki chciałem zrobić itp… Generalnie miałem styczność kilkanaście razy z profesjonalnym fotografem. Potem był epizod w jakiejś redakcji, gdzie poznałem fotoreporterów zawodowych (to ważne! – zawodowych), potem ślub własny i zamówiony profesjonalista, potem sesja w studio u Michała koło szpitala klinicznego wówczas (kłaniam się Michale), potem zdjęcia do pracy…

Do czego zmierzam?

Zmierzam do przykrej dla mnie konkluzji, że…

…obecnine, ludzie mają do czynienia z profesjonalnym fotografem wyłącznie raz w życiu! Na własnym ślubie…

… i to tylko w sytuacji, jeśli nie poskąpią na fotografie i zdjęć nie będzie robił wujek, bo ma przecież iPhona 8. No pomyślcie, ile macie obecnie okazji, aby stanął przed Wami i wykonał dla Was usługę zawodowy fotograf!? No ile?

Okazuje się, że jedynym momentem w życiu naszym obecnie, jeśli chodzi o poznanie profesjonalnej fotografii i doświadczenia jej na sobie, jest nasz ślub. Już nigdy potem i tak nie zamówicie fotografa, bo przecież sami sobie to załatwicie. Nigdy też przedtem nie ma potrzeby, by dotknęła Was fotografia profesjonalisty, bo fotki sobie strzelicie w byle budce lub w empiku i też nadadzą się do dowodu. Nikt Was przy tym nie będzie ustawiał, nikt nie doradzi Wam jak się pomalować, ani jak głowę ułożyć. Przecież to TYLKO zwykła FOTKA. I tak przez całe życie, świadomość obecnego pokolenia o fotografii kurczy się do jednego wieczoru. Nagle fotograf ślubny staje się ostatnim bastionem przed sprowadzeniem całej fotografii do aparatu telefonicznego. Zwróćcie uwagę, że (dzięki bogu!) nadal fotograf na ślubie to MUST HAVE. No bo jak to – bez fotografa. Na dodatek, usługi te stają się coraz droższe, a sami fotografowie ślubni naprawdę coraz bardziej profesjonalni i wyposażeni w zawodowy sprzęt.

W szkołach nie ma edukacji plastycznej prawie wcale. Dzieci nie poznają podstaw kompozycji, zasad widzenia koloru. Plastyka i sztuki piękne to jakieś fanaberie, bo przecież za nie nie ma kasy. Widzenie poprzez obiektyw jest sprowadzane do widzenia na ekranie telefonu i szybkim cykaniu, i przewijaniu kolejnych milionów fotek na telefonie.

Jedynym kuratorem jakości fotografii staje się nasz kciuk. Im szybciej przewijający kolejne wstęgi fotografii na ekranie 860px, tym …

Niestety, to przykre, ale fotografowie ślubni pozwalają tysiącom osób chociaż na chwilę zrozumieć, że fotograf zawodowy nadal istnieje. Że coś takiego, jak fotografia ma swoją cenę, swoją wartość i jest to wymagający fach. Tym trudniejszy, że poddany zostaje zawsze ocenie nie tylko samego twórcy, ale przede wszystkim odbiorcy.

Może warto więc docenić rolę fotografów ślubnych, którzy jako nieliczni stają przed tzw. zwyczajnym człowiekiem i dostarczają mu choć namiastkę świadomości fotograficznej. Czym innym jest naturalnie problem poziomu tego dostarczania, ale to już zupełnie inna kwestia. Niewątpliwie też, spora część odbiorców fotografii ślubnej to nie rozsmakowani w sztuce galeryjni kuratorzy.

10 komentarzy
  • Kasia

    Zgadzam się z przedmówcą. Fotografia dzieci jest na topie.
    Co do artykułu, to prawda, fotografowie ślubni nie są doceniani, niektórzy zaniżają wartość usług fotograficznych. Stąd w ludziach jest ciagle zakorzenione „przecież pstrykniesz kilka fotek, co w tym takiego drogiego?!”. Nie rozumieją istoty sprawy i calego procesu, a już przede wszystkim ogromnych kosztów, które profesjonalny fotograf ponosi.
    PS. Błędy w artykule do poprawy, rażą i dekoncentrują, a już przede wszystkim zwrot „dzięki Bogu”, który napisano z małej litery.
    Pozdrawiam.

  • Tomek

    No tak bo niemowlak to nie dziecko. Sesję niemowlęce, dziecięce, a zdarza się, że rodzice zamawiają fotografa na urodziny dziecka.
    Zresztą trochę przesadzasz, ludzie nadal robią zdjęcia do dowodów, legitymacji, mają fotografów na balach 6klasisty, gimnazjalnych czy studniówkach. Ponadto każda klasa w szkole co roku ma zdjęcia klasowe i inne… Rozumiem, że żeby mieć zwykły portret nie trzeba iść do zakładu fotograficznego, ale stwierdzenie, że teraz ludzie mają doczynienia z profesjonalnym fotografem tylko przy okazji ślubu jest grubą przesadą.

  • iczek

    @Tomek, jako ojciec sporej gromadki dzieci zazwyczaj wiem, co piszę o dzieciach, noworodkach i niemowlakach. Proszę, zapoznaj się różnicami dotyczącymi rozwoju płodu ludzkiego od poczęcia do narodzin i potem, i poznasz różnice miedzy noworodkiem, niemowlakiem a dzieckiem :) Naprawdę warto. tutaj drobna pomoc :) https://jejswiat.pl/1749,noworodek-a-niemowle

    W kwestii tego, że przesadzam…

    Pewnie trochę tak, bo każdy mój wpis to pewien przyczynek do dyskusji lub przemyślenia tematu, ale czy naprawdę uważasz, że zrobienie sobie zdjęcia w tzw. “zakładzie foto”, gdzie ktoś wygospodarował 1,5m2 wolej podłogi, postawił jedną lampę i rozciągnął białe tło za Tobą w postaci odwróconego banera swojej firmy to jest sesja profesjonalna? Wątpię.
    Nawet gdybyśmy zaakceptowali skromność pomieszczenia i środków, to sam czas trwania takiego zdjęcia dyskwalifikuje to coś, by było traktowane jako sesja profesjonalna. Bo ile trwa takie zdjęcie…? 5 minut, 10 minut? Tymczasem sesja ślubna to wiele godzin. Czasami kilka dni. Czasami dopstrykanie czegoś po tygodniu. Przygotowania. Celebracja.

    Są oczywiście zakłady fotograficzne z prawdziwego zdarzenia, nie przeczę. W Gdańsku są ze trzy miejsca, może dwa, gdzie jest profesjonalne oświetlenie i ludzie idą sobie zrobić zdjęcie portretowe. Ubierają się, jest to pewne święto! Super. Sam zamówiłem taką sesję dla moich teściów. Jako prezent. Ale to jest margines niestety.
    Wracając jeszcze do sesji dzieci… może nieprecyzyjnie to wyraziłem w materiale, ale chodziło mi o to gdy Ty jesteś podmiotem sesji. Gdy Ty doświadczasz profi fotografa. Nie ktoś inny.

  • Grzegorz

    Dobry wpis
    Swoją droga dobrze napisane
    Z tym sie spotkalem “co ci szkodzi zrobic kilka zdjec
    Przecież to nic cie nie kosztuje”
    Z wydrukami tez z netu zamowisz po taniosci
    a puzniej lipa z jakoscia.

  • Henry

    Zdjęcia do dowodu się robi samemu w domu i wysyła wniosek przez Internet. RIP zakłady foto.
    Z fotografami jest jak z kucharzami – nikt ich już nie potrzebuje w domu. Z wyjatkiem cukierników bo mało komu się chce robić torty na przyjęcia weselne. Tyle że łatwo powiedzieć że je się żeby żyć, a nie żyje żeby jeść. Trudniej będzie wam przyjąć że fotografie nie służą estetycznym uniesieniom, ale mają rejestrować wspomnienia. Więc po co komu profesjonalny fotograf. Jakie to bedzie miało znaczenie za 30 lat?

  • Piryt

    O tych minach za 30 lat to wcale nie jest takie “z sufitu”.
    Tak się reaguje w praktyce. Kto by się zastanawiał nad artystycznością zdjęć ślubnych. Taka moda to się u fotografa było. Po wielu latach oglądanie zdjęć ślubnych nie jest jakoś przesadnie pasjonujące. Jeżeli kogoś coś interesuje to raczej ile miałem wtedy włosów na głowie, a ile mam teraz, albo jaka była wtedy moda. Te zdjęcia mogłyby być oczywiście dużo lepsze, tylko że w porównaniu z innymi przeżyciami ślubnymi problem jest zupełnie nieistotny. A przynajmniej tak było w moim przypadku. I wydaje mi się, że to jest raczej zdrowe podejście :-)

Komentowanie zamknięte.