Niedziela, piąta nad ranem

Niedziela, piąta nad ranem 1080 720 FotoPropaganda

Piąta rano. Niedziela. Najpierw jeden dzwonek. Za dziesięć minut następny. Zwlekam się – to dobre określenie. Nie chce się. Za oknem ciemność, -2 stopnie nie zachęcają do wyłażenia w czarność totalną. Plecak woła spod drzwi, że już drugi raz go nie chcę wyprowadzić, pomimo wieczornej umowy z dnia poprzedniego. Nogawki spodni aż uniosły głowę, przewieszone przez oparcie krzesła podczas składania obietnicy plecakowi. One też chcą w końcu przewietrzyć swoje szwy. Dobra. Jadę. Po jedną klatkę. Półtorej godziny w jedną stronę.

Diesel leniwie wkręca się na pierwsze po wielogodzinnej drzemce obroty. Warto skrobać szybę od strony pasażera? Nie warto. Odtaje. Warunki kiepskie, wszystkie boczne drogi to całkowity lód, który z wytęsknieniem oddycha przymrozkiem, a pługopiaskarka nie zaglądnie tutaj pewnie do południa. Jaki ma sens wywalanie kasy na benzynę, jechanie w sumie w nieznany teren i nieznane warunki? Sensu nie ma żadnego. Nie dajcie sobie wmówić, że pasja usprawiedliwia wszystko. Guzik prawda.

Planowałem to od wielu tygodni. Wiele razy plecak musiał wrócić do budy pod stołem, a ja przegrywałem nierówny pojedynek z ciepłą poduszką. Tym razem, wszystko złożyło się do kupy i jestem. Sam na kolejnej plaży. Całkowita cisza, jeśli nie liczyć łomotu fal. Nie ma nikogo, jak okiem sięgnąć. Esencja fotografowania krajobrazu. Przez najbliższe godziny będę stał tutaj sam. Nie ujrzę nawet w oddali nikogo, żadnej żywej istoty. Bosko.

Kiedy wschód słońca ma się za placami, a nad horyzontem majaczą resztki chmur z mocnej zmiany, to mamy przepis na kolory, które lubię. Przybój zderza się w tym miejscu z wodami rzeki, która wpada szerokim lejem do morza. Rdzawe dno koryta rzeki boksuje się z kolorami odbijanymi od chmur, a te z kolei podświetlają załamanie fal. Taka przepychanka słonego ze słodkim. Trzy godziny samotności. Trzy godziny po kolana w lodowatej wodzie w cienkich letnich woderach. Odradzam. Co kilka minut muszę wychodzić na zasypaną śniegiem plażę. Stopy już dawno pozostały gdzieś w wyobraźni, bo ich nie czuję. I jak zawsze, w takiej sytuacji wiem, że najważniejszym wyposażeniem fotografa nie jest wcale aparat, obiektyw czy statyw, ale… rękawiczki i ocieplane wodery.

Polecam zimowe poranki… są cudne.

“Wir”

“Linie, nieproste”

7 komentarzy
  • Wojtek

    Piękne. Teraz uświadomiłem sobie, że nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się ekstra wstawać na zdjęcia, natomiast nie kłaść się z powodu zdjęć – często… :)

  • Krzysztof

    Wyjście ze strefy komfortu nigdy nie jest łatwe :) Ja mam nieco “łatwiej”, bo chęć posiadania łóżka, z którego można rano wstać blisko wybranych miejsc wymusza na mnie konieczność planowania wyjazdów w góry z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i opłacenia rezerwacji. Ale później na miejscu dylematy te same …
    Jak będziesz planował jakąś wystawę, to nie omieszkaj powiadomić o tym ze sporym wyprzedzeniem, abym mógł wpisać to wydarzenie w swój grafik ;) Chętnie przejadę te -set km, aby móc pooglądać Twoje prace na “twardym” podkładzie…

  • Grzegorz

    Brawo za wytrwalosc Autorze! Dla takich chwil warto przemierzac dziesiatki lub setki kilometrow, nawet jesli jest zimno i ciemno. Czasami taki wyjazd konczy sie wlasnie tylko tym jednym ujeciem, dlatego tym bardziej taki trud znajduje moje uznanie. Powodzenia na nowych wyprawach!

Komentowanie zamknięte.