fotopropaganda blog o dobrej fotografii

To zdjęcie!

Po godzinie ósmej, tuż po po pierwszym łyku kawy, John Sanders jak zawsze otwiera drzwi swojego domu na przedmieściach San Francisco i sięga na ganek, gdzie chłopak z pobliskiego college’u właśnie podrzucił paczkę z dzisiejszymi gazetami. Styczeń w Kaliforni zawsze doprowadzał go do szału, nie mógł zrozumieć, jak ludzie mogą żyć w temperaturach minusowych, podczas gdy dla niego, 7 stopni na plusie w styczniu to całkowite szaleństwo. I ten deszcz. Uparcie pojawiał się zazwyczaj w okolicy stycznia.

W stercie prenumerat, na które namówiła go jego dziewczyna Anna, studiująca na ostatnim roku California College of the Arts, John znajduje najnowsze, jubileuszowe wydanie National Geographic związane z obchodami 100-lecia pisma. W kubku pozostało jeszcze dużo kawy, a kuchenna wyspa jest idealnym miejsce, aby przewertować chociaż kilka stron tego specjalnego, ponad dwukrotnie obszerniejszego wydania i przenieść się choć na chwilę może w cieplejsze rejony świata… choć na zdjęciach.

Miałem wtedy dokładnie 12 lat. Do mojej świadomości docierały jedynie, całkowicie niewytłumaczalne jeszcze wówczas hasła o wolności, zmianach, prieriestojce, rozbrojeniu itd. Moją głowę zaprzątały wówczas sprawy podwórkowe związane z metalową skrzyneczką-skarbonką, która stała na moim rozkładanym półkotapczanie wyprodukowanym dumnie w jednej z łódzkich fabryk mebli. Owa metalowa skrzyneczka zawierała bowiem największy skarb… olbrzymią ilość lekkich aluminiowych jednozłotówek z charakterystycznych wieńcem laurowym pod cyfrą 1. One najlepiej nadawały się do gry “w dołek”. Rzucanie nimi do wykopanego, małego dołka to były całe godziny, całe popołudnia spędzone pod klatką w rywalizacji na tego, kto wepchnie swoją monetę do dołka jako pierwszy. Było tuż po ósmej rano i na 9 piętrze blokowiska gdańskiej Żabianki, będącego kopią takich samych blokowisk w całej Polsce, budziłem się by zjeść śniadanie, wyprowadzić psa i zbiedz potem po schodach, skręcić w bramę pod blokiem, przeskoczyć wąski trawnik pod balkonami i wpaść na schody szkoły położonej tuż pod moimi oknami, w której pod koniec poprzedniego roku wymieniono w końcu “fenolową podłogę”. Nie miałem wtedy pojęcia, że na drugim końcu świata, ‘Dżon Sanders’, który nie lubił zim, których nie znał, otwiera właśnie magazyn, który za kilka lat zaważy na całym moim życiu.

Zdjęcia oglądane przez Dżona wcale bowiem nie przeniosły go do ciepłych krajów, przeniosły go bowiem do świata, o którym miał bardzo nikłe pojęcie i słyszał o nim jedynie w informacjach z rzadka pojawiających się w głównych wydaniach newsowych w Ameryce. Jednak dla nas obojga, to wydanie NG ze stycznia 1988 roku było pewnego rodzaju odkryciem. Zresztą, taka była właśnie rola National Geographic, towarzystwa odkrywczego. I to dokładnie w tym numerze pojawiły się dwa materiały, które dla mnie, kilka lat później stały się przyczynkiem odkrycia pasji fotografii w moim życiu, a dla Johna powodem wyjazdu z cieplutkiej Kalifornii do rodzinnego domu matki jego dziewczyny pod Warszawą, na który to wyjazd namawiała go od wielu lat.

Reportaże ‘Discovering America‘ Małgorzaty Niezabitowskiej oraz ‘The hope that never dies – Poland‘ Teda Szulca to następujące po sobie dwa fotograficzno-reporterskie dokumenty umieszczone w rocznicowym wydaniu National Geographic. Kilka lat temu, postanowiłem odszukać i odkupić te magazyny jeśli tylko je znajdę. Po długich poszukiwaniach, znalazłem ogłoszenie na OLX, że ktoś w Warszawie wyprzedaje całe roczniki starych NG. Niestety, sprzedawane były w całości i aby móc wziąć do ręki ten konkretny numer ze stycznia 88 roku, musiałem kupić 4 pełne roczniki 1988-1991. Ale najważniejsze, że miałem to! Numer pierwszy ze stycznia 1988 roku i te dwa materiały.

Pan Sanders spóźnił się tego dnia do swojego biura. Musiał dokończyć czytanie artykułu o kraju, który znał jedynie z nazwy i krótkich opowieści swojej przyszłej teściowej. Nie miał pojęcia o historii kraju, który przez ostatnie 50 ponad lat był jednym z cieni wielkiej Rosji, z którą przecież ciągle na zimno walczyła Ameryka. Jednak, jak zawsze w NG, to co przemówiło do niego najbardziej to zdjęcia. Fotografie James S. Stanfield’a, które ilustrowały świetny tekst Teda Szulca otwierały oczy. Mięsistość kolorów, głębia kadrów i obrazy kompletnie nieznane po tej stronie oceanu wiodły go do jednej z najważniejszych fotografii tego ponad 40-stronicowego materiał o Polsce. Zdjęcie z sali operacyjnej po udanym wykonaniu przeszczepu serca przez profesora Religę było jak grzmot. Rzadko spotyka się zdjęcia z sal operacyjnych, a przy tego typu zabiegach to jest praktycznie niemożliwe. A jednak, fotografia umęczonego pacjenta i jego lekarza na sali operacyjnej kliniki w Zabrzu na zawsze stanie się ikoną.

National Geographic, styczeń 1988, fot. James S. Stanfield

Małgorzata Niezabitowska, jak każdy świetny, zawodowy reportażysta skupia się na detalach. Pierwsze zdanie otwierające materiał o Ameryce oczami dwójki Polaków to opis zwykłej sytuacji zastanej w autobusie miejskim. Potem jest już tylko lepiej i od szczegółów przechodzimy do pięknej opowieści o kraju, który dla fotografa Tomasza Tomaszewskiego, jego żony Małgorzaty oraz ich córki Maryny był wizją oparta na standardowych wyobrażeniach i wspaniałości tego kraju. Uznane już w redakcji NG nazwisko Tomaszewskiego sprawiło, że otrzymali od NG ofertę opisania USA tak, jak chcą. Zrobili to. Po swojemu, a ja, czytając po raz pierwszy ten materiał z pomocą słownika angielskiego gdzieś w latach 90 nie umiałem oderwać się zarówno od samego tekstu, ale przede wszystkim od zdjęć Tomka. Fotografia z krzyżem na ramieniu lub otwierający portret z amerykańską flaga na twarzy pozostaną ze mną do końca życia. Symboliczne i jakże cudownie pasujące do tekstu zdjęcie wraków samochodów na tle Manhattanu to obraz, który wyzwolił we mnie konieczność wzięcia aparatu do ręki. Wydawało mi się, że ta fotografia mówi mi więcej o ideale Ameryki, niż jakikolwiek poszerzony doktorat. I tak rozumiałem rolę fotografii.

Wychodząc dzisiaj z głównego budynku California College of Arts znajdujesz się na dziedzińcu uczelni otoczonej dwoma trasami szybkiego ruchu. Od strony Zatoki San Francisco trasą nr 280, a od zachodu trasą nr 80. Gdy Anna kończyła ostatnie zajęcia w “mroźne” popołudnie 15 stycznia 1988 roku była jednak w zupełnie innym miejscu. W latach 80, siedzibą jej uczelni były tereny posiadłości Jamesa Treadwella w pobliskim Oakland na kampusie przy Broadway i College Avenue. Jaki było jej zdumienie, gdy przed wejściem zobaczyła Johna. Nigdy nie odbierał jej z uczelni i nie pokazywał się tam, zwłaszcza w godzinach pracy biura. Zamierzali wprawdzie razem wyjechać w poniedziałek, 18 stycznia w dniu święta “Martin Luther King Jr. Day”, ale nie umawiali się na przedłużenie weekendu. Spojrzenie Johna było inne. Zawsze potrafiła odczytać jego emocje i dzięki temu udawało im się zażegnać wiele kłótni i sporów, na czas wycofując się z wchodzenia w niepotrzebne dyskusje. Tym razem, nie wiedziała co się dzieje.

Żółte ramki magazyny odbijały się w przebijających się przez drzewa promieniach słońca. Skręcony w rolkę dość gruby magazyn musiał być odpowiedzią i Anna czekała na pierwsze słowa ‘pana Sandersa’, jak lubiła mu mówić, by go zezłościć różnicą wieku między nimi. Usiedli.

Bilety lotnicze kosztowały sporo, ale mieli swoje oszczędności. Widzieli gdzie się zatrzymają, bo siostra mamy Anny wielokrotnie już zapraszała ich do przyjazdu i w końcu zrezygnowała po latach nagabywań. Teraz była już 70-letnią babcią, która utrzymywała cały czas pisemną i telefoniczną relację ze swoją siostrą w San Francisco. Telefon od Anny i jej amerykański akcent wpleciony w polskie zdania całkowicie ją zaskoczył. Do końca wierzyła, że zobaczy siostrę, ale tym razem z powodu zaawansowanej choroby serca to się jednak nie uda. I tak będą to wspaniałe odwiedziny gości zza “żelaznej kurtyny”, która już w tym czasie i tak była do połowy otwarta. Tego dnia, rok po przeczytaniu artykułu w National Geographic, John Sanders po raz pierwszy zobaczył i doświadczył zimy wysiadając z samolotu z San Francisco po przesiadce w Chicago i Londynie. Minus 5 stopni uderzyło w jego twarz tuż po wyjściu z terminala Okęcie z “hali fińskiej”, która obsługiwała loty międzynarodowe. Skrzywił się. Ciasne hole małego lotniska oszołomiły go już na samym początku. Przypomniał sobie zdjęcia chłopa na furmance, które widział w magazynie National Geographic, dziwne blokowiska i prezydenta kraju, który mieszkał w jednym z takich bloków. Magazyn miał w walizce. Po raz pierwszy zaczynał rozumieć, że istnieje inny świat… inny, ale jakby podobny do tego, którego on sam nie widział w Ameryce, bo nie wyjeżdżał poza swój stan. Inny, ale bliski z powodu ludzi, którzy mieli te same problemy, co on, te same emocje i te same uczucia.

Gra była wyrównana. Maciek i Jaca rzucili pod samą linię, ale dołka nie zaliczyli. Na udeptanej ziemi wokół małego otworka w ziemi, do kopania którego najlepiej nadawała się jednozłotówka leżało ponad 14 monet. Odliczone 5 kroków dzieliło mnie przed zgarnięciem największej tego dnia puli. Złapana między palec wskazujący prawej ręki a kciuk lewej ręki moneta sztywno siedziała w dłoniach. Lekko pochylona postawa przybliżała mnie kilka centymetrów do dołka. Spojrzenie na dołek, potem na monetę, znowu na dołek i …

Ciepły, miły kobiecy głos zza pleców przerwał przygotowania. Młoda kobieta ubrana w sportowe ciuchy zapytała czy wiemy, gdzie znajdzie pozostałości ołtarza papieskiego, który w roku 1987 stanął na gdańskiej Zaspie podczas wizyty Jana Pawła II w Polsce. Podobno jego fragmenty są gdzieś na tym osiedlu. Spojrzeliśmy po sobie, akcent kobiety był dziwny, a starszy mężczyzna stojący za nią sprawiał wrażenie zagubionego choć bardzo uprzejmie się uśmiechał. Wskazałem drogę przez ulicę Subisława wiodącą na tereny hipodromu w Sopocie. Tam, wzdłuż ogrodzenia składowano części ołtarza papieskiego przez kilka lat po jego rozebraniu. Zresztą teren wyścigów konnych był miejscem, gdzie składano finalnie tuż przez przewiezieniem większość elementów tego wielkiego ołtarza w kształcie dziobu statku.

Mężczyzna powiedział coś do kobiety i sięgnął ręką do kieszeni. Podszedł do mnie i stanął na lini rzutów. W jego dłoni pobłyskiwała bardzo mała moneta. Rzucił w kierunku dołka. Nie trafił. Miał fatalną technikę jedną ręką. Uśmiechnął się, oboje odwrócili się i odeszli. Spojrzeliśmy po sobie i otoczyliśmy dołek, na krawędzi którego leżała mała pomarańczowo-ruda moneta z napisem “In God We Trust” i podobizną jakiegoś mężczyzny z brodą. Długo oglądaliśmy potem tę monetę i napisz ONE CENT na jej rewersie. Nie nadawała się w ogóle do gry, była za mała i za lekka. Ale była ładna.

Za każdym razem, gdy otwieram metalową skrzynkę-skarbonkę schowaną w piwnicy w kartonie ze starymi rzeczami, grzebię szukając pomiędzy aluminiowymi jednozłotówkami, tej monety. Jest.

Jak fotografia, która przenosi nie tylko idee, pomysły czy uczucia, ale przenosi ludzi.

Skomentuj

fotopropaganda blog o dobrej fotografii