Wielokrotnie już o tym pisałem i nadal chyba nie umiem tego dobrze wyrazić i zdefiniować. Mam bowiem nieustające wrażenie, że fotografia znalazła się na manowcach. I nie chodzi wcale o technologię i AI, tylko o nas – o fotografów!
Gdzie jesteśmy z naszą fotografią w 2026 roku, w połowie tegoż? Warto by zapewne zdefiniować co mam na myśli przez fotografię, aby pójść dalej. Czy mówię o profesjonalistach, zawodowych fotografach? Ale kim oni są i gdzie oni są?
W prasie? Nie ma ich w prasie. Nie istnieje już zawód fotoreportera, fotografa prasowego, a tym bardziej reportażysty. Zawód w rozumieniu płatnego etatu, wykonywania zleceń dla redakcji, budowaniu wspaniałych, głębokich dokumentów społecznych. Zostali tylko hobbyści, którzy chcą mieć namiastkę tego co przepadło i nazywają się… ‘frilanserami’. To taki substytut stworzony najpierw ku uciesze księgowych i działów HR, aby jakoś rozliczyć finansowo zakup zdjęć, a potem nawet aspekt ekonomiczny z tego wytarto, bo i tak nikt im nie płaci.
Frilanserzy stali się więc po prostu zwykłymi amatorami, hobbystami.

Może więc są w korporacjach? Nie ma ich w korporacjach, bo nikt nie będzie utrzymywał w firmie działu foto, nawet jeśli branża, w której firma działa by tego potrzebowała. Etaty, zusy, podatki – to wszystko sprzysięgło się przeciw fotografom i co najwyżej mogą sobie dorobić na boku pozostając na B2B, może nawet na etacie, ale w zupełnie innej branży.
No to może fotografia studyjna feszyn-sreszyn jest ostoją profesjonalistów-zawodowców? Tutaj wydaje mi się, że resztka zapotrzebowania faktycznie jest na rynku, bo ktoś musi wypełnić te nawet online strony z kolejnymi ciuchami, których kupujemy na potęgę każdego sezonu. Nadal jednak to nie żadne godziwe, profesjonalne zlecenia, ale przeżute przez rynek zleconka ad hoc z budżetami za zasadzie – pani zrobi, to się zobaczy…
Tutaj jednak sytuacja jest o tyle “lepsza”, że grono amatorów, którzy za darmo zrobią sesyjkę z modelką w swoim pokoju lub w kanale Raduni, a najlepiej w wąskim przejściu obok Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku jest ogromne. Zawsze tak było. Chęć zaistnienia jest najlpeszą zapłatą w tej branży.
Mnie jednak ten rodzaj fotografii interesuje o tyle, że dostrzegam młodych ambitnych fotografów, których spojrzenie jest nadal świeże i “jakieś” w odróżnieniu od masakrycznie sztampowych produkcji wielkich domów mediowych lub krajowych 5 fotografów mody, którzy nie potrafią wyjść ze swojej “stylistyki” (jak sami ją nazywają) i robią o 15 lat to samo. I mam tutaj na myśli 99% znanych nazwisk. Robią to samo, non stop. I tłumaczą potem przy piwie, że … klient tak chce :) No cóż… rozumiem ;)
Dokumentaliści – fotografia reportażu… i tutaj dotykamy bardzo istotnej i dla mnie najciekawszej grupy fotografów. Czy nadal istnieje zawodowa fotografia dokumentalna i długofalowe projekty, które są dla mnie sercem fotografii i sensem jej istnienia w ogóle?
Czy zajmują się tym zawodowcy, czy już wyłącznie bogaci hobbyści lub biedni zapaleńcy?
Na pewno przez ostatnie lata mieliśmy do czynienia z kilkoma “projektami”, które odświeżyły sposób widzenia dokumentu fotograficznego. Powstanie kolektywów, które skupiły wokół siebie ciekawych fotografów rozbudziło moje oczekiwania, że jednak się uratujemy i raczkujący lat temu 10 “ejaj” i technologiczne szaleństwo przegra z ludzką wyobraźnią i pomysłowością. Okazało się jednak wkrótce, że te wspaniałe grupy i te ich klasyczne już “płatki śniegu na pustym polu walnięte lampą błyskową” zmarniały nam, zaczęły powielać się same przez siebie, kopiować stylistykę, duplikować nieskończoną ilość razy i rozmyły swoją świeżość w niezliczonej ilości takich samych projektów najczęściej finansowanych przez różnego rodzaju dotacje kulturalne miejskie, wojewódzkie i inne.
Część głośnych nazwisk wykorzystało swoje pięć minut i podjęło współpracę w znanych agencjach fotograficznych, w których… zniknęli, bo nikt ich już nie widuje nigdzie, no ale za to mają dobrą pozycję w CV. Pozostali tkwią na różnej maści warsztatach, szkołach, szkółkach, są członkami jury w niezliczonych konkursach i monetyzują swoje chwile chwały.

Tymczasem rynek odbiorców fotografii nadal jest coraz węższy w Polsce. Zainteresowanie tymi wszystkimi, całkiem dobrymi po części (!), dokumentami i reportażami jest w społeczeństwie żadne praktycznie. Dodatkowo, twórcy często wpadają w spiralę uwielbienia samych siebie, grono odbiorców zawęża się do grupki przyjaciół, którzy zachwycają się własnymi pracami, a to powoduje klasyczne karłowacenie – jak w przyrodzie. Nagle okazuje się, że wystawa czy wernisaż to kilkanaście osób, a działania online kończą się na fali lajków, z których nic absolutnie nie wynika. Sami prowadzimy się na manowce…, a rynek, system kultury, mediów wokół nas jest tak skonstruowany, że nikt tego nie wspiera. Długofalowość zanika wraz z napaścią na nas “cywilizacji scroll”.
Fotografia nie istnieje bez autora – fotografa. Bez niego nie może powstać (zostawiam na boku “ejaj”). Czemu więc fotografowie zmienili się na przestrzeni ostatnich 20 lat tak bardzo? Czy zawód lub nawet hobby fotograficzne aż tak bardzo uległo skarłowaceniu tylko z powodu marginalizacji ekonomicznej (brak etatów, niskie zarobki, brak prawa własnościowych). Przecież od zawsze fotografowie to byli ludzie działający na granicy ekonomicznej wydolności. Szczególnie w obszarze dokumentu, gdzie wsparcie organizacji państwowych lub fundacji kulturalnych ratowały całe projekty od zapomnienia. Nigdy nie byli to krezusi finansowi. Może niektórzy stali stali się nimi pod koniec życia, ale etap twórczy przypadał raczej na lata chude.
Tymczasem obecnie, wszyscy chcemy dużo, szybko i teraz, w myśl “Słówek” Tadeusza Boja-Żeleńskiego:
Młodość pała jedną chętką.
Dużo, byle jak i prędko…
Niewiele umiem, ale już mam kanał na SoMe, mam 5 folołersów więc czuję w sobie moc i chęć do… uczenia innych. Niewiele osiągnąłem, ale mam gadane i umiem kręcić rolki – a więc zakładam szkołę fotografii online i sprzedaję kursy w PDF. I tak brniemy na manowce, my fotografowie… sami sobie to robimy, bo nie możemy się z tego wyrwać.
I się nie wyrwiemy. Wieszczę od lat upadek fotografii, a co najmniej całkowitą jej marginalizację. Zdania nie zmieniam. Cieszę się, że tego nie dożyję, ale także cieszę się, że co jakiś czas pojawia się mała iskierka w postaci jakiegoś albumu lub projektu, w którym widzę zaangażowanie, chęć wejścia w temat, chęć poznania bohaterów i umiejętność ubrania tego w estetykę obrazu. Nie w wariactwo AI i Lightrooma, ale w kunszt fotograficzny. Bo to, co nam zostaje w tych dziwnych czasach, to kunszt. Oparty na doświadczeniu, wiedzy, oparty na czasie, trwaniu i wytrwałości. Kiedyś mówiło się na to rzemiosło… nie wiedzieć czemu nabrało ono pejoratywnego znaczenia ostatnio. Że niby fotografia to proste rzemiosło…
A ja uparcie, życzę Wam fotografowie – wytrwałości w swojej fotografii. W rzemiośle patrzenia.
Nie dajcie się fałszywym prorokom onlajnu. Strzeżcie się ich!


