Fotograf to cham

Do napisania tego wpisu sprowokowała mnie historia sprzed kilku dni i gdyby nie fakt, że byłem jej częścią, to bym chyba nigdy w to nie uwierzył. A jednak. Zacznijmy jednak od pewnego tła.

Fotograf to cham… bo chce zrobić najlepsze zdjęcie

Nie jest tajemnicą dla żadnego fotografa, który choć trochę bardziej niż amatorsko zajmuje się fotografią, że fotograf to zwierze stadno-konkurencyjne. Każdy z fotografów pracujących lub współpracujących z jakąkolwiek branżą foto chcę być najlepszy. Zastanówmy się więc, co obecnie oznacza bycie najlepszym fotografem? Zacznijmy od zawodowców, bo to najłatwiejsze. Bycie najlepszym fotografem mody oznacza okładki w najpopularniejszych pismach i kilka regularnych, dobrych finansowo kontraktów z sieciówkami, które zasilają kasę studia lub agencji i dają nam utrzymanie. Czyli skracając to do minimum i upraszczając boleśnie, chodzi o kasę jaką zarabiamy na fotografii mody i prestiż. W tej kolejności. Jakość i ocena zdjęć w przypadku fotografa mody nie należy do klienta końcowego, ale do producenta sesji, do szefa marketingu lub jakiegoś “si-i-o”.

Fotograf ślubny zajmuje się prawie tym samym, bo też szuka przede wszystkim zapełnienia kalendarza umowami na następny rok, by utrzymać siebie, rodzinę i współpracowników, a jedyną różnicą jest fakt, że jego prace ocenia klient końcowy, bez pośredników. Fotograf ślubny tłumaczy się (lub nie, jeśli dobrze napisał umowę) przed narzeczonymi lub małżonkami i tylko przed nimi. Czyli jego jakość i bycie dobrym ocenia najczęściej ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o estetyce (sorry małżonkowie!), a pojęcie o zdjęciach ze ślubu nadal opiera na wyobrażeniu ze zdjęć u przysłowiowej cioci. Byłbym jednak bardzo złośliwie niegrzeczny, gdybym nie zauważył olbrzymiej zmiany jaka zaszła w tej dziedzinie fotografii dzięki social mediom i dostępowi do Internetu. Jakość i poziom estetyczny fotografii ślubnej, a co za tym idzie wymagania klientów bardzo rosną. Dzięki bogu ludzie mają szansę zobaczyć, jak może to wyglądać. Niemniej, śmiem twierdzić, że 80% to nadal po prostu zdjęcia pamiątkowe.

Dobra, czyli mamy te dwie grupy. To teraz pozwolę sobie wrzucić do jednego worka wszystkich zawodowców prasowo-dziennikarsko-reportersko-dokumentalnych, którzy współpracują z jakimiś agencjami lub redakcjami prasowymi. Co jest dla nich wyznacznikiem bycia najlepszym? No na pewno okładka i sam fakt, że w zalewie miliarda zdjęć, to ich zostało wybrane do “druku” (umówmy się na to słowo, chociaż już przestarzałe). Pieniądze to drugi czynnik, ale w kolejności powinien być pierwszy, bo jak żyć i jak cieszyć się z publikacji zdjęć skoro nie mam za to kasy!? Tutaj temat jest tak szeroki, że Internetu nie starczy, by analizować sytuację finansową i warunki zarobkowania dziennikarzy prasowo-reporterskich obecnie, ale w skrócie okrutnym napiszę, że bez kasy nie ma fotografa tego typu. Jego prace, znowu, jak w przypadku feszyn-sreszyn, ocenia nie odbiorca końcowy, ale sekretarz czy edytor (taki zawód jeszcze istnieje?).

Fotograf amator to największy cham

Dobra, do czego zmierzał cały poprzedni fragment i ten wstępniak? Ano do stwierdzenia, że poziom ambicji artystycznych fotografów zawodowych często zaczyna i kończy się na… pieniądzach. Jeśli fotograf modowy, fotograf ślubny czy reporter-dokumentalista, czyli cały worek zawodowców, otrzyma za swoją pracę pieniądze, to opinia w temacie jego zdjęć i ogólny odbiór jego zdjęć przez klienta końcowego ma zdecydowanie mniejsze znaczenie niż dla amatora. Wiem, wiem… krzywdzę w tym miejscu wiele osób, które znam osobiście i są zawodowcami, którzy wręcz przedkładają jakość nad zarobek, ale dla celów statystycznych i w ogólnym odbiorze niestety musicie mi uwierzyć, że tak bywa najczęściej. Pieniądz w wielu wypadkach wypycha dobrą fotografię na bok i działa to (paradoks!) w obie strony. Ktoś zrobi za grosze jakieś gówno i ktoś to kupi. A ktoś inny (uznane nazwisko, marka itd..) zrobi gówno za miliony i… nadal ktoś to kupi :) Czad. W obu wypadkach jakość i estetyka nie ma znaczenia.

Co z tym wydarzeniem, od którego zacząłem? Ano już zaraz, ale muszę wyjaśnić śródtytuł nad poprzednim akapitem.
Jestem 100-procentowym amatorem. Nie zarabiam na moich zdjęciach. W życiu sprzedałem może 5 zdjęć. Nie prowadzę żadnej działalności zarobkowej związanej z byciem fotografem; nie jestem ambasadorem żadnej marki, nie mam linków afiliacyjnych na blogu (którego już nikt nie czyta!), nie sponsoruje mnie żadna marka, ani sklep fotograficzny, nie wypowiadam się na płatnych festiwalach i nie “kuratoruje” żadnym wystawom.

Dla mnie, jak dla całej rzeszy milionów fotografów amatorów liczy się wyłącznie… poklask. Tak, nazywajmy rzeczy po imieniu skoro tak stłamsiłem zawodowców kilka akapitów wyżej. Jestem próżny jak większość amatorów, którzy każdego dnia po zrobieniu kolejnego zdjęcia wrzucają je na fejsa i instagrama, aby dostać lajka, follow, czy coraz rzadsze i najbardziej wytęsknione komentarze. I jakież jest moje największe zdumienie nad naturą ludzką, że żadna kasa, żaden przelew nie jest w stanie konkurować z… ambicjami i pogonią za tymi lajkami, bo:

Fotograf amator potrafi zrobić absolutnie każde świństwo, aby jego zdjęcie uzyskało więcej lajków na Insta niż fota kolegi.

Zawodowiec nie ściga się najczęściej o laur najlepszej foty roku. Zawodowiec, co najwyżej może ścigać się o laur najwyżej faktury. Całkowicie to rozumiem. Amator jednak to wariat, frustrat i szaleniec, gdy zobaczy o 100 lajków więcej od kolegi, którzy też siedział rano w lesie i zrobił inne ujęcie tego samego ptaka i mając większe zasięgi, wygrał w dziedzinie polubień.

No i doszliśmy… do chamstwa amatorskich fotografów. Zaczęliśmy od powodów, od źródła zachowań, które opiszę na koniec. To one determinują całkowicie irracjonalne zachowania fotografów, a w mojej obecnej dziedzinie – fotografia dzikiej przyrody – skala tego szaleństwa jest niewyobrażalna! Żadna inna dziedzina, którą miałem przyjemność się zajmować w fotografii, nie generuje tyle jadu, zawiści i zwykłego ludzkiego chamstwa, co fotografia przyrody. Powód jest prosty, jest to dziedzina wymagająca i bardzo indywidualna. Cześć fotografów idzie na skróty i robi wspaniałe zdjęcia ptaków z przygotowanych czatowni dostępnych na godziny dla każdego za odpowiednią opłatą. Przywożą oni potem zdjęcia zwierząt, które nęcone podchodzą pod same okna czatowni i wszyscy mają zdjęcia tego samego niedźwiedzia lub łosia czy kraski na tej samej gałęzi. Nawet poszczególne osobniki są te same, bo takie żołny przylatują zawsze na tę samą gałąź przez kolejne 10 lat.

Zaczynałem fotografie ptaków ponad 20 lat temu. Dzięki Piotrowi Połoczańskiemu zachowało się fajne zdjęcie z roku 2004 z Ptasiego Raju (ten po lewej, to ja). Dostęp do profesjonalnego sprzętu był zdecydowanie mniejszy i trudniejszy. Było mniej fotografów. Też konkurowaliśmy, ale z kulturą, z szacunkiem dla czyjejś pracy.

Fotografowie, Ptasi Raj, Gdańsk
Ptasi Raj, Gdańsk, 27.03.2004, fot. Piotr Połoczański

Gdy widziałem, że ktoś fotografuje niedaleko, wycofywałem się. Nie podchodziłem do fotografa, nie zagadywałem go. Zawsze omijałem miejsca, które ktoś zajął pierwszy, bo pierwszy wstał i szybciej dojechał. Gdy ktoś zaobserwował nowy gatunek, nie pędziłem na złamanie karku, aby “go zaliczyć”. Te czasy już nie wrócą. Poziom bezczela i braku szacunku jest astronomiczny. Liczy się bowiem tylko lepsze ujęcie, lepszy kadr, więcej lajków. Obecnie nawet turyści spacerujący plażą wykazują więcej zrozumienia dla leżącego fotografa z aparatem niż jego pobratymcy.

Cham przeskakuje mnie na plaży

A więc dotarliście lub już dawno porzuciliście tekst :)

Zakończenie tych hektolitrów wylanych żali powyżej jest żenujące dla mnie. Przez ponad 30 lat życia fotograficznego nie spotkałem się z takim czymś czego doświadczyłem dwa dni temu. Wszystko zapowiadało się pięknie. Wyjazd o 3.00 rano, dojście na plaże na godzinę przed wschodem słońca i wspaniały gatunek ptaka, którzy dość rzadko trafia się do spokojnej fotografii. Zajmuję na pustej, gigantycznej plaży o szerokości ponad 50 metrów (od lustra wody) małe skromne miejsce tuż przy samej wodzie i zaczynam robić zdjęcia. Każdy, kto choć trochę ma pojęcie o fotografii ptaków brodzących wie, że one nie obawiają się zazwyczaj ludzkiego ruchu do pewnego dystansu. Znają ludzi. A gdy położymy się płasko możemy ten dystans skrócić do odległości minimalnego ostrzenia naszych obiektywów. Tego dnia, biegusy zmienne weszły praktycznie mi na nogi, gdy byłem zajęty moim modelem.

Słońce dopiero wstaje, a ja z oddali widzę dwie sylwetki zmierzające do mnie. Nikt inny o tej porze nie może być na tej konkretnej plaży poza ornitologami lub fotografami (i czasami lisami). No więc zbliżają się. Wielki lufy obiektywów kiwają się im przy boku. Są coraz bliżej, a moj model “pasie” się spokojnie jakieś 5 metrów ode mnie brodząc w płytkiej wodzie. Jestem przekonany, że obaj fotografowie odbiją od brzegu i obejdą mnie po plaży, bo wiedzą, że wystarczy 10 metrów by ptak nie spłoszył się, a je będe mógł dalej pracować. Człowiek jest jednak głupi i naiwny, panowie (w wielu tak mocno po 50) nie zmienili obranego kursu, widać za ciężko było im przejść po piasku i przeszli tuż obok. Ptak odleciał, a dwóch pseudo-fotografów postanowiło dodatkowo w samym środku ciszy krzyknąć (!!!) do mnie: ej, nie zasnij!
Kurwa mać! Szok odbiera mi mowę. Zdzierżyłem. Nawet się nie ruszyłem spod kamuflażu.

Jeśli obserwujesz zwierzęta wiesz, że one wracają w to samo miejsce. W przypadku ptaków to jest najczęściej kilka minut. Ptak wraca. Ja wracam do fotografowania. Po chwili zmieniam miejsce, bo słońce wstało i obchodzę płyciznę kładąc się na wąskiej mierzei (2m szerokości). Robię to na tyle wolno i ostrożnie, że ptak bez zaniepokojenia żeruje nadal. Mam go już praktycznie na wyciągnięcie ręki w dobrym świetle. Spokojnie fotografuje… do czasu!

Moi, od dzisiaj, najwięksi wrogowie znudzeni jak widać brakiem ptaków w miejscu, do którego poszli, wracają. Chyba dopiero przy świetle zorientowali się co fotografuję, bo oczywiście dochodząc na wysokość moją położyli się na plaży i włączyli szybkostrzelne migawki. Spoko, rozumiem, chcą mieć kadr, nie mam nic przeciwko. Ale rozmowy, które prowadzą między sobą (!) zagłuszają nawet wycie mew i lecących gęsi!

No i teraz dochodzimy do puenty…

Panowie zdecydowanie obrali najgorsze miejsce, bo fotografowali pod światło. Ja fotografowałem w najlepszym miejscu i pomimo, że wszystko wskazywało na to, że ptak się spłoszy jak coś się zmieni w konfiguracji, panowie wstali nagle i ochoczą zaczęli do mnie iść.
MUSIELI mieć to zdjęcie. MUSIELI mieć tego ptaka. Nie było dla nich nic ważniejszego. Nic się nie liczyło. Zero kultury, zerto szacunku. Tylko zdjęcie! Tylko lajki, które już widzieli oczami wyobraźni na jakimś forum poświęconym ptasiej fotografii.

Gdy do mnie doszli od strony mojej dupy, ja już wiedziałem jak skończy się ta zabawa i ciągle leżąc wyłączyłem aparat. Ponieważ jeden z nich chciał wejść ptakowi bezpośrednio do dupy więc postanowił (nie miał za wiele miejsca miejsca przy wodzie) praktycznie przeskoczyć przez moje nogi! Co też uczynił. Każdy idiota wie, że taki ruch spłoszy nie tylko tego ptaka, ale wszystkie wokół. Co też się stało. Panowie rozżaleni na cały świat zmusili się do rzucenia w moim kierunku: sorry, myśleliśmy, że nie odleci!
Ja pierdolę! Zdzierżyłem. Wstałem gwałtownie. Bez jednego słowa zabrałem obiektyw i odszedłem.

Usiadłem na pniu pod wydmami, obserwowałem zachowanie tych cymbałów. Po 10 minutach wstali, bo chyba już się znudzili i poszli do wyjścia z plaży. Po drodze po raz drugi wypłoszyli ptaka, który po prostu przeleciał 30 metrów dalej. Mieli to już w dupie.

Po kolejnych 10 minutach ptak wrócił na miejsce żerowania. Podszedłem spokojnie. Podczołgałem się ostatnie 10 metrów. Znowu miałem go na 4 metry. Chyba chcąc mi podziękować za normalność, szlamnik podszedł tak blisko, że mój obiektyw 600mm nie mógł już ustawić ostrości (min. ostrzenie to 3.90m). Był obok mnie na wyciągnięcie ręki. Był ranny. W jednym ze starć stracił prawe oko. Łypał na mnie zdrowym i pozostał na żerowisku jeszcze długo po moim odejściu. Nigdy nie odleciał w moim towarzystwie.

PS
Mała errata. Aby nie pozostać w cieniu takich zachowań dopowiem, że gdy wstawałem ze stanowiska przed odejściem, nawet nie zauważyłem, że w odległości ok. 30 metrów na plaży siedzi kolejny fotograf. Starszy pan. Spokojnie fotografował nie zakłócając spokoju mojego i ptaków o czekał, aż skończę. Można? Można! Po moim odejściu zajął moje miejsce.