Mam na ciebie smak

M

Wrócił mi smak na fotografię.

Ostatnimi czasy jakiś taki wyjałowiony byłem mocno z chęci wpisywania się w panujące mody fotograficzne; w te wszystkie krzaki wypalone błyskiem lampy, w te zredukowane do jasnego zarysu cienia na ścianie portrety, te wydumane projekty, w który sens odnajduje jedynie kurator-kolega fotografa, bo nawet on sam nie potrafi powiedzieć logicznie o co mu chodziło w całym projekcie.

Wszystko to sprawia, sprawiało (sic!), że nie miałem w ogóle chęci łapać za aparat i lądować fiszki do kaset. Ostatnio spytała mnie koleżanka, dlaczego nie zrobię wystawy. Przecież tyle gadam o wystawach i w końcu coś zrobiłem przez te lata. I wrócił do mnie ten temat, bo zapomniałem o nim wiele lat temu. Czemu nie zrobić wystawy? Moja odpowiedź jest w sumie nadal taka sama. Nie zrobię wystawy, bo kompletnie nie czuję, abym jako fotograf miał jakikolwiek materiał spójny, zwięzły, określony, zdefiniowany, który mógłbym pokazać na wystawie. I nie chodzi tutaj o żadną fałszywą skromność.

– No, ale przecież sam piszesz, że poziom tych większości wystaw jest żenujący i że ludzie wystawiają fotki kwiatków, pszczółek, widoczków z wakacji i nie mają z tym żadnego problemu. Więc skoro uważasz, że Twoja fotografia aspiruje to trochę wyższych ocen, to może po prostu przestań pie#@$#…… ? – spytała rezolutnie rozmówczyni ma (wyjaśniam, że nie użyła słowa, którym ubarwiłem Jej wypowiedź na końcu zdania!).

Logiczne w sumie pytanie i wynikowe wręcz. Skoro tak źle oceniam fotografię innych, a swoją stawiam ambicjonalnie chociaż wyżej, to do cholery, czemu mam jakiekolwiek obawy przed wystawą? Dać się ocenić to w sumie nie taka straszna sprawa. I tak publikuje swoje zdjęcia w sieci, zamyśliłem się. Ostatnio w ogóle rozmawianie z samym sobą wychodzi mi najlepiej ?! :)

Jednak nie przemogę się. Nie widzę sensu pokazywania swoich prac na wernisażu, spotkaniu autorskim, bo mam wrażenie, że to wszystko się jakoś straszliwie przejadło. Może forma ma znaczenie i powinienem poszukać jakiegoś niesamowitego miejsca, przestrzeni, sali, pałacu.. ?:) .

Nie zmienia to wszystko, całe te dywagacje, faktu, że cynamonowy smak herbaty czuję w ustach wraz z zapachem świeżo otwartego pudełka negatywów kolorowych i szelestem w ciemnej łazience wyciąganych fiszek z kaset. Może więc nowe cykl 30 portretów w roku 2013 będzie nowym otwarciem?? Chciałbym. Tymczasem, fotografia mi ponownie smakuje.

“Jednak mam na Ciebie smak, cały świat za jedno – tak” –  cytując słowa Lady Pank :)

 

A Wy widzicie sens w robieniu wystaw, wernisaży w kawiarniach, klubach itd…?

Czy Wam to pomaga, czy chodzi wyłącznie o czystej krwi łaknienie akceptacji Waszej pasji, Waszych twórczych wyrzygań się?

 

9 komentarzy

  • Sens? Wystaw tak, wernisaży nie. Na wystawy przychodzą ludzie spragnieni fotografii, na wernisaż – darmowego wina…

  • Wyrzygań się? Znaczy po tym tanim winie wernisażowym? Artysta z takim podejściem powinien pozostać w blogosferze albo ponapinać się na wieczorku literackim.

  • K: no ale czy to nie jest tak, ze wernisaz (poza tym winem) sluzy przede wszystkim mozliwosci rozmowy z autorem? Pewnego osobistego kontaktu. Szansa jest to na wyjasnienie zamierzen, celu, idei.
    Sama wystawa w Polsce to w sumie chyba pomysl malo przyciagajacy ludzi. Ja mysle, ze obecnie powinno sie robic wernisaz i finisaz w jednej imprezie. Nie wiem jakie sa statystyki odwiedzin np takiej Gdanskeij galerii miejskiej gdy jest wystawa fotografii ale bardzo rzadko widze aby wystawe wiszącą miesiac odwiedzaly tlumy po wernisazu:)

  • Problem jest chyba zbyt zlozony, zeby tak odpowiedziec w paru zdaniach, ale costam napisze:
    Po 1 – wystawy w PL sa rzeczywiscie w duzej mierze slabe, co m.in. zniecheca odbiorcow do ich odwiedzania. Natomiast za zachodnimi granicami jest duzo wieksza roznorodnosc w tym temacie, ale to tak naprawde temat do dyskusji przy wodce, a nie cos, co mozna strescic w paru slowach.
    Po 2 – wernisaz sluzyc powinien rzeczywiscie rozmowie z autorem prac, ktore to prace mozna od razu kupic. A wino powinno pomagac w rozmowach :) A, ze u nas troche sie to wszystko wypaczylo – zarowno w kwestii rozmow, picia wina, jak i ew. zakupow – to tez temat dluzsza rozmowe.
    Po 3 – kwestie komercyjne – zeby dobrze pokazac swoje prace, trzeba sporo zainwestowac, a to sie raczej w naszych realiach nie zwraca – zatem jest jak jest ;)
    Po 4 – pokazywanie zdjec w klubach itp. nie ma sensu, bo nie ma tam warunkow do prezentacji zdjec.
    Po 5 – jak sie nie bedzie pokazywac dobrej fotografii na wystawach, to bedzie jeszcze gorzej, wiec moze trzeba sie wziac w garsc? Wydaje mi sie, ze ludzie nie chodza tu na wystawy, bo z gruntu mysla, ze nie zobacza niczego dobrego… takie przyzwyczajenie ;)

  • Ad. Po 2 – z tymi rozmowami to jest zawsze problem. Odkryłem jednak ostatnio, że to jest problem nie tyle autora, co widza. Ludzie przychodza i klepią autora różą po plecach. Spotkanie ma zazwyczaj charakter towarzyski, bo na wernisazu w 90% pojawia sie rodzina i znajomi, którzy złego słowa nie powiedzą. A jak sie pojawi “czarna owca”, ktora zada jakes pytanie dyskusyjne, to jest wielka obraza i szmer przechodzi po krzesłach. Regualrnie robię za taką owcę wieć wiem co mówie :)
    A szkoda, bo miejsca na dyskusję zostawia się tez coraz mniej na taich spotkaniach. Jakby komuś się scanariusze pomyliły i chce tylko zebrać oklaski i pouśmiechac się do rodziny spod rzutnika :)

  • Wiesz co Iczek, cos mi to cale pisanie o braku spojnosci materialu, sensu przekazywania prac na wenisazu itd pachnie cykorem przed wystawieniem sie dla realnej publicznosci a nie wirtualno-internetowej. Wyczuwam wachania i obawy z prostego cyklu, czy jestem wystarczjaca dobry, kto przyjdzie, co powiedza, czy faktycznie przydzie ktos poza rodzina a i najwazniejsze czy beda czarne owce. Zeby sie nie sprawdzilo, Kto mieczem wojuje ten od miecza ginie.
    Ps
    Wstalem dzisiaj lewa noga z lozka, moco nie wyspany.

  • Żeby na wernisażu była dyskusja, musi być moderator tej dyskusji, bo zazwyczaj autorzy, ani publiczność poprowadzić takiego spotkania nie potrafią.

    Zresztą oficjalność wernisaży nie pozwala na na zajęcie wygodnych pozycji i wymianę myśli, podobnie jak krzątanina podczas oglądania prac.

    Toteż nie do końca jestem pewien, czy należy oczekiwać, by oficjalny wernisaż przeistoczył się w intymne spotkanie autorskie.

  • Jorge dobrze pisze.
    Poza tym, z tymi dyskusjami to tez chyba troche nie tak. Nie wydaje mi sie, zeby akurat wernisaz byl dobrym miejscem na prowadzenie rozmow w stylu co kto spieprzyl, albo dlaczego wystawa jest do bani… Po co isc na wystawe, ktora Ci sie z gruntu nie podoba? Po co wytykac autorowi bledy przy potencjalnych kupujacych? Trzebaby sobie odpowiedziec na pytanie po co jest wogole wystawa, kto za to placi i dlaczego?
    Co innego pogadac z autorem po to, zeby go poznac, nawiazac kontakt, albo lepiej zrozumiec. Na tym mi przykladowo zalezy, kiedy odwiedzam interesujace mnie wernisaze. A te malo interesujace, to albo nie odwiedzam wogole, albo nie podejmuje rozmowy, bo i po co.

piotr biegaj, iczek

Z fotografią żyję, budzę się i zasypiam by znowu się obudzić. Fotografia ciekawi mnie, złości mnie i zdumiewa pomimo upływu lat i ujęć. Ten blog, to cześć moich zmagań z fotografią zamknięta nie tylko w zdjęcia, ale też teksty. Zapraszam!

Znajdź mnie:

Newsletter

Wybrane posty w Twojej skrzynce. Żadnych reklam!