Po co konkursy fotograficzne?

1080 496 FotoPropaganda

Na kanwie moich marudzeń o wynikach konkursu Leica Street Photography, postanowiłem sobie przemyśleć całą sprawę i odpowiedź samemu sobie – po co ludziom konkursy fotograficzne? Nie uda mi się w jednym wpisie na to pytanie odpowiedzieć, co do tego nie mam wątpliwości. Mam natomiast masę zwątpień, czy w obecnych czasach jest sens organizowania konkursów fotograficznych!? Naturalnie, mam tutaj na myśli największy w historii cywilizacji ludzkiej, niekończący się, nieustający i nie posiadający ograniczeń konkurs o nazwie Internet. A w nim niezliczone ilości pokoi, obszarów gdzie możecie wywalać, wyrzygiwać i umieszczać swoje zdjęcia. Począwszy od fejsbuka, po instagram i zwykle, klasyczne strony www. W dodatku możecie zawsze liczyć na ich ocenę poprzez banalny like lub, bardziej wymagający atencji odbiorcy, komentarz.

Wszystko to sprawia, że istnienie dedykowanych konkursów poddaję pod wątpliwość. Czym bowiem różni się to od umieszczenie zdjęcia w Internecie? Powiecie – przede wszystkim regulaminem. Każdy „szanujący się” konkurs ma regulamin. Pewne ramy, w obrębie których decydujecie się wziąć udział w tymże konkursie. Po drugie – jury. Każdy „szanujący się” konkurs posiada jury. Czyli wyznaczonych przez organizatora osoby, które w opinii twórcy konkursu mają stanowić wyrocznie względem tego, co wygra lub kto wygra. Na końcu jest jeszcze aspekt merkantylny – nagroda. Jest bowiem grupa twórców, dla których jest to najważniejsze na etapie przystąpienia do konkursu.

Tutaj na moment się zatrzymam i wrzucę drobną dygresję. W kwestii tego drugiego aspektu. Urodziłem się i wychowałem w czasach i w środowisku, dla którego wychowanie w duchu Mistrzów było najważniejsze. Mam na myśli Mistrzów kultury (pisarzy, muzyków, poetów), poprzez Mistrzów historii (bohaterzy, królowie, wodzowie), kończąc na Mistrzach sportu czy polityki. Nauczono mnie, że ceni się i szanuje zdanie tych bardziej mądrych doświadczonych, uznanych. Dlatego też jury samo w sobie jest też dla mnie elementem istotnym, ale o tym za moment.

Mając więc te trzy elementu konkursu (regulamin – w nim temat, jury – mistrzów oraz nagrodę – wabik) wydawać by się mogło, że nie może się nie udać. A jednak. Problem pojawia się bowiem już na etapie regulaminu.

„Regulamin wcale nie musi sztywno określać jakie zdjęcia wybieramy” – takie mnie więcej zdanie usłyszałem od organizatora jednego z konkursów. W jego opinii bowiem, sztywne szufladkowanie fotografii tylko przeszkadza, a tak jury wybiera po prostu najlepsze zdjęcia. Całkowicie się z tym nie zgadzam. Skoro robimy konkurs portretu, to warto poinformować uczestników co mogą, co maja, a czego nie powinni wysyłać na taki konkurs. Nie mam na myśli tutaj wskazywania palcem, że portretem jest ujęcie pojedynczej osoby w perspektywie A, B czy C. Niemniej, doprecyzowanie co nie jest portretem lub co warto uwzględnić wysyłając zdjęcia na konkurs byłyby pomocne. Szczególnie pomocne dla jury. Nie ma bowiem nic gorszego, jak w łowienie ryb przez jury w wielkim jeziorze bez wskazania członkom tegoż gremium, na jakie ryby i za pomocą jakiej przynęty polujemy. Tymczasem, zdecydowana większość konkursów bazuje wyłączenie na jury. Nie daje im żadnej wskazówki organizator czego od nich chce. Jakimi regułami mają poruszać się między setkami zgłoszeń. Tak jakby same nazwiska jurorów miały załatwić dobry wybór. Niestety.

Tutaj dochodzimy do przykrego momentu. Nie lubię bowiem wycieczek personalnych, ale mam wrażenie, że w Polsce jest ściśle skończona ilość członków jury. Mając na tapecie ilość organizowanych konkursów, tych dużych i tych mniejszych, po prostu nie starcza nazwisk do obsadzenia. Klan jury jest więc dość wąski w Polsce. Nazwiska się przewijają te same od lat. Są one często ściśle związane z uczestnikami poprzez redakcje, wspólne wykładanie w tych samych szkołach, czy po prostu, po ludzku, osobistą znajomość z uczestnikami. Ta zaś, często wywodzi się z minionych konkursów. Nagminne jest bowiem u nas zapraszanie do jury laureatów poprzednich edycji konkursów. Ja się nigdy nie mogłem temu nadziwić! Nieznany mi fotograf wygrywa konkurs. Jego nazwisko pojawia się w przestrzeni publicznej po raz pierwszy w kontekście fotografii, a rok później staje się członkiem jury oceniających tysiąc zdjęć! Skąd bierze się ta zasada i to przekonanie, że fotograf potrafi oceniać zdjęcia innych? Bo sam je robi? Wątpliwa zaleta. Nie dość tego wszystkiego, z racji szczupłości osobowej, członkowie jury często znają autorów zdjęć ocenianych, bo fotografie są wcześniej publikowane online. Wymóg „nie publikacji zdjęć przed przystąpieniem do konkursu” jest obecnie rzadkością. A jeśli nawet jest, to dotyczy „nie publikacji w prasie, mediach lub innym konkursie”, a nie na wallu autora fb czy instagram. I mamy sytuacje, gdy boję się otworzyć lodówkę, bo zobaczę zdjęcie, które już zostało nagrodzone na innych trzech konkursach w całkowicie innych kategoriach zazwyczaj :), a na dodatek znam je z profilu fotografa, który nie omieszkał wykorzystać funkcji wi-fi w swoim aparacie i wysłał je w online 4 minuty po zrobieniu, na pół roku przed potencjalnym konkursem. Mamy więc jury, które nie wie jak ma wybrać; uczestnika, który ma określony temat zdjęć ograniczony zazwyczaj do nazwy konkursu i… mamy klops. Jury wybiera „po uważaniu”, uczestnicy wysyłają też „po uważaniu” i efekty takich konkursów kończą na profilach organizatora i wszystkich znajomych jury i laureatów. Co ma z tego fotograf-widz?

W sumie nic by mnie to nie obchodziło, gdyby nie kwestia zapomniana chyba przez organizatorów tych wydarzeń. Czyli spojrzenie na druga stronę konkursu. Na uczestnika.

Po jaką cholerę wysyłacie moi szanowni fotografowie zdjęcia na konkursy? Powodów może być mnóstwo, ale próba ich kategoryzowania zawsze kończy się na dwóch zasadniczych aspektach: sława i nagroda. Jakbyśmy nie zżymali się, że mamy w poważaniu opinię innych, tak podświadomie jesteśmy zbudowani z ambicji i łakniemy pochwał. A cywilizacja intranetowa daje nam ku takim działaniom cała gamę narzędzi już tutaj wspomnianych. Od lajków przez łapki, po komentarze i polecenia w formie retwłitów i followsów. Wszystko obecnie to próba dowartościowania się. Jedni nadal piszą blogi, inni swoimi myślami co godzinę dzielą się z milionami użytkowników jakiejś aplikacji. A wszystko to by zyskać poklask, pokazać się, pochwalić, zarobić itd… W wypadku konkursów możemy mówić o popularności poprzez promocję w konkursie i po nim, o prestiżu przypisanym markowym konkursom branżowym oraz o nagrodach materialnych. W wypadku konkursu Leica nie ma wątpliwości, że znalezienie się na wystawie pod szyldem Leica to jest już naprawdę coś. Dla mnie osobiście ta marka to symbol. Graal. I pewnie taką pozostanie pomimo zmieniających się realiów funkcjonowania w biznesie tej firmy. Tym bardziej zależy mi, aby odbiorca fotografii otrzymywał zawsze i wyłącznie fotografie najwyższych lotów gdy podpisuje się pod nią taka marka. Fotografię dookreśloną, precyzyjna, trafiającą w punkt. Wyważoną decyzjami jury i potrafiącą poruszyć. W wypadku Leica Street Photography tak nie jest. W tym roku przekonałem się o tym boleśnie.

Wpis ten jest chaotyczny. Trochę wynika z osobistego poszukiwania odpowiedzi o sens i konieczność istnienia konkursów fotograficznych, w których nagradzane zdjęcia wydają się wyłącznie kompromisem między oczekiwaniem organizatora, poziomem pracy jury oraz jakością zgłaszanych prac przez autorów.

Czy w świecie obrazu, w którym żyjemy, w powodzi fotografii wykonywanych wszędzie i o każdej sekundzie doby – nadal ma to sens organizowanie konkursów? Czy obraz musi być jeszcze nadal estetyczny i przemyślany, czy chodzi nam już tylko o prędkość jego publikacji i zasięg jaki osiągnie w sieci?!

Mam spore wątpliwości. Dlatego nie wysyłam zdjęć na konkursy. Przestałem to robić wiele, wiele lat temu. Nie czuję tego. Może po prostu boję się stanąć w szranki z innymi? Pewnie tez coś w tym jest…

Po co konkursy fotograficzne

„Zachód”, Fuji X-pro2, XF 10-24/4, Hitech Firecrest, Lee Big Stopper

12 komentarzy
  • c.t.

    Leica to marka- owszem. Tylko jak otworzę sklep, nawiążę umowę z Haselblatem że będę ich reprezentował a następnie zrobię konkurs to będzie mój konkurs a nie Haselblata …. tak jak to nie konkurs Leiki tylko sklepu który lejkę sprzedaje.

  • Piryt

    1. Moim zdaniem konkursy straciły swoją pierwotną atrakcyjność. Wszystko najpierw się rozwija, a potem zamiera. Taka jest kolej rzeczy. Dziś konkursy są organizowane przez wąskie elity (lub niewielkie grupy aspirujące do takowych) dla tych elit. Na naszą rzeczywistość nie ma to praktycznie żadnego wpływu.
    2. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich „precyzyjnych” regulaminów. To jest do zrealizowania tylko w technice. W sztuce jest beznadziejna, odwieczną pogonią za jakimś mitycznym obiektywizmem, za nierealną sprawiedliwością itp.
    3. Jaka jest wartość ocen, komentarzy na różnych Instagramach i innych portalach? Dla mnie żadna. Tym którzy chcą za wszelką cenę zdobyć popularność proponowałbym inną formę działalności. Można np. zorganizować Giełdę Fotograficzną,, która da możliwość sprzedawania swoich prac. Głosowanie własnymi pieniędzmi jest najbardziej obiektywną formą oceny. Popularność zdobywa ten twórca, który najwięcej sprzedaje i zarabia. Oczywiście ceny muszą być przystępne dla każdego.
    4. Co to właściwie jest popularność? Jaka jest jej wartość?
    Wróciłem niedawno z Supraśla, w którym mieszkał i tworzył nieodżałowany śp. Wiktor Wołkow. Człowiek, który podlaskiej przyrodzie i jej fotografii poświęcił całe życie. Nie dbał o rozgłos, o popularność, o sławę. Kochał przyrodę a popularność sama przyszła.
    Dziś jest chlubą Supraśla, osobą szanowaną, wspominaną. Nad rzeką są bulwary im. Wiktora Wołkowa, jest galeria, są organizowane wystawy plenerowe np. ostatnia wystawa złożona z fotografii wielkoformatowej na ogrodzeniu parku przy Liceum Plastycznym.
    Wiktor Wołkow jest w tamtym środowisku osobą żywą, która miała wielki wpływ na kształt lokalnej kultury.
    To jest popularność prawdziwa.
    Nie elitarne konkursy. Wyjście do ludzi. Kształtowanie lokalnej kultury. To jest ważne i to przetrwa. Ale to w przypadku Pana Wiktora było poprzedzone olbrzymim wysiłkiem.

  • A.Mason

    Moim zdaniem konkursy są potrzebne z wielu powodów. sprowadzających się do jednego słowa „promowanie”:
    1. organizatorów / firm
    3. jury
    4. autorów zdjęć
    5. zdjęć

    Konkursy są też źródłem otrzymania za minimalne pieniądze bazy zdjęć: na dany temat / z danego terenu / danych użytkowników / itp., bo zdecydowana większość konkursów wymaga zgody na wykorzystanie później zdjęć.

    Jako odbiorca – lubię konkursy, bo zwycięskie zdjęcia często są publikowane zbiorczo, ale osobno od nienagrodzonych. Oczywiście nie zawsze zgadzam się z jury, ale rzadko kiedy w większych konkursach trafiają się zestawienia totalnych gniotów. Pozwala to na obejrzenie albumu (wirtualnego lub rzeczywistego) ciekawych zdjęć, znalezienie ciekawych fotografów itp. A w najgorszym przypadku pozwala to na dyskutowanie o stanie współczesnej fotografii :)

  • iczek

    @Piryt
    Użyłeś na samym końcu słowa „wysiłek”. No to tutaj cały misterny plan uzasadnienia konkursów troche bierze w łeb, bo obecnie wysiłek jest zminimalizowany. Zarowno po stronie twórców, jak i jury. Takie mam niestety wrażenie.
    Nie chce rozwijac sie tutaj, bo to temat na kolejny wpis. Ile wysiłku kosztuje nas fotografia!:)

    @A. Mason
    Zgadzam sie, że promocja siebie usasadnia udział w konkursie, a dokladniej chodzi i zwyciezców, którzy korzystaja z kanałow organizatora. Ale to nadal powód czysto „merkalntylny”. Ja sie zastanawiam czy poza nim jest cos jeszcze w dobie internetu.

  • Jacek B.

    Uwielbiam, gdy tuż przed konkursem juror z przyszłym zwycięzcą pokazują swoje sweet fotki, a po ogłoszeniu wyników koledzy sobie nawzajem gratulują kolejnymi selfie ;)

  • Ewelina

    jesli autorzy mają do obejrzenia w błyskawicznym tempie 4tys. zdjęć, to w pierwszym momencie wybierają to co znają. I często zdarza się, że mając kilka konkursów fotografii np. ulicznej, nagrodzone fotografie się powtarzają. Nie rozumiem tego i jest to krzywdzące dla tych, którzy mają oko ale nie mają czasu siedzieć na FLICKR i próbować trafić do ewentualnych jurorów, którzy tam siedzą i tworzą kółko wzajemnej adoracji. Słyszałam o rozmowie koleżanki z jednym z jurorów, że taki wybór „jest po prostu bezpieczny”. To po co robić kolejny konkurs o podobnej tematyce, skoro nie daje to nic nowego odbiorcom fotografii? Uważnie obserwuję te konkursy, oglądałam też obrady na żywo i obserwowałam czat obok. Naprawdę były tam nowe perełki, ominięte – ponieważ była tylko sekunda , dwie na przyjrzenie się. A czasem to jeden punkt robi magię w fotografii ulicznej… już nie wspomnę o tym że czasem wybór nie pasuje do tej kategorii konkursu.

  • A.Mason

    @iczek – wydaje mi się, że można się doszukiwać jeszcze kilku rzeczy:
    1. ludzie lubią sport, więc konkursy mogą być przez nich traktowane właśnie jako współzawodnictwo.
    2. internet, a w szczególności media społecznościowe nie dają informacji na temat poziomu zdjęć. Można sobie porównywać liczbę lajków u różnych autorów, wczytywać się w komentarze (które są rzadkością) ale bardziej niż ocenę poziomu otrzymamy ocenę umiejętności społecznościowych i „marketingowych” autorów. Natomiast konkursy z jury stwarzają pozory większej obiektywności i profesjonalizmu oceny.
    3. wystawa w prawdziwej galerii, czy w ogóle jakakolwiek fizyczna wystawa (a wiele konkursów nimi się kończy) też są nobilitujące, a dodatkowo pozwalają podczas wernisażu na spotkanie z ludźmi odwiedzającymi wystawę, którzy traktują autorów zwycięskich zdjęć jak bożyszcze ;-)

  • Jacek B.

    @A.Mason

    punkt 1. – trafione ! Ciągle widac na tablicach tych znanych: „wygrałem, zdobyłem, wygrałem, zdobyłem”. Chwalcie mnie i klękajcie. ;)
    punkt 2. – Fakt. Świetne zdjęcie, fotografia, dzieło ma 30 lajków więc „g”warte. Wrzuca guru, otrzymuje ich 100-200-400 i muchy się zlatują. To musi być geniusz. Ale gołe dupy na instagramie maja po kilka tysięcy ;)
    punkt 3. – … kolega koledze załatwił konkurs, koleżanka wypromowała swoich ulubieńców. Na wystawie zaczynają się autografyy i tu odbija palma. Dałem autograf, jestem lepszy od Rolke, Niedenthala czy Sikory, co po konkursach i grupach foto nie latają :)

    Kocham ten świat. Photography świat.

  • Matt Rutkowski

    Krajowe konkursy są w fotografii tym czym talent show dla widzów telewizji. Każdy obóz ważniaków chce wskazać innym najlepszych z najlepszych. Taka gra pozorów dla niewtajemniczonych. Nazwiska zwycięzców można przewidzieć przed ich ogłoszeniem, czasami zdarzy się parę miejsc dla nowych postaci pretendujących do wstąpienia w szeregi. Bycie na podium nic albo niewiele wnosi bo krajowe konkursy równie niewiele znaczą poza lokalnym podwórkiem. Odstępstwa od tych uroczych standardów mających głębokie korzenie w poprzedniej epoce niemniej jest ich stosunkowo niewiele. Mając na względzie ten fakt biorę udział tylko w zagranicznych konkursach obowiązkowo płatnych i zakończonych komunikatem zwrotnym.

    Więcej od konkursów wnoszą moim zdaniem przeglądy portfolio. Zdarza się, że te są organizowane przy okazji różnych imprez. Czasami kosztują parę złotych. Więcej wynika z tego pożytku dla twórcy niż zdawanie się na wygraną w totolotka.

Komentowanie zamknięte.

Zostańmy w kontakcie!

Nie będę Cię spamował, obiecuję :)