12 twarzy Ćwika

150 150 FotoPropaganda

Słuchajcie. Wiem, że znowu marudzę, ale muszę. Przyglądnąłem się projektowi „12 twarzy” Filipa Ćwika i mam poważny dylemat. O co chodzi? Szczególnie interesuje mnie uderzenie PR’owskie i cała akcja wokół książki, która wydano w formie dla ubogich za 39 zł i wersja kolekcjonerska za 350zł (szczegóły). Czy ja tylko się standardowo czepiam, czy następuje jakiś kompletny przerost FORMY nad jakąkolwiek treścią, którą niosę te portrety?

Pamiętałem, że Ćwik zrobił coś takiego, bo gdzieś ujrzałem jakiś czas temu taką informacje. Zajrzałem na te fotki, poklikałem i koniec. Nie zostało w mej pamięci nic z tych fotografii, poza faktem, że zrobione na polaroid 55. Zresztą, fakt, że robił to na P55 jest chyba kolejnym punktem na stronę samej formy tych prac.

Dzisiaj przejrzałem je wszystkie na stronie NAPO. No i niestety mam bardzo podobne odczucia, co przy pierwszym oglądzie. O czym to do cholery jest!? Ja rozumiem, że Syria jest obecnie tematem nr 1 wszystkich fotografów zajmujących się społecznymi problemami związanymi z konfliktami zbrojnymi itd. Kiedy już opadł kurz bitewny i frontowi fotoreporterzy wyjechali z Syrii po zrobieniu kilku okładek do NYT, na arenę wkroczyli ci, którzy starają się „głębiej” pokazać dramat narodu, społeczeństwa. Syria jest obecnie miejscem nr 1 na mapie większości fotografów „zaangażowanych”. Oni mają więcej czasu, oni podchodzą do fotografii bardziej od strony dokumentalnej, kreacyjnej itd… chcą dotknąć „prawdziwości” sytuacji.

Ale nie rozumiem do czego te 12 portretów ma mnie przekonać?

Zdaje sobie sprawę, że projekt zakłada materiał pisany, który zapewne opowie mi o losach tych ludzi. Pokaże ich przemyślenia. Dramat wojny. Nie chce bagatelizować. Chce tylko spróbować oderwać same portrety od całej tej „poetyckiej” otoczki. Ja uważam, że tak można zrobić, bo akurat portret istnieć powinien sam w sobie. Być samodzielnym bytem fotograficznym i mówiąc wprost: zdjęcie portretowe ma do mnie gadać samo! A te nie gadają. Są moim zdaniem mocno przeciętne i tym bardziej nie rozumiem całej tej akcji marketingowej wokół książki, jakiś toreb wysyłkowych itd. Znaczy rozumiem… kasa, fame, lans. Tylko kurcze, dlaczego na takim słabym poziomie artystycznym to się odbywa. Czy naprawdę nadal nabierać się powinniśmy na „egzotykę miejsca”. Bo tak przecież trochę jest. Obawiam się, że przeholował z zaangażowaniem się w ten materiał i zgubił treść dla formy.

Polaroid 55, zresztą tak samo jak kolodion czy inne techniki przedziwne ma jedną zasadnicza wadę… łatwo jest popaść w przepaść formy. I ten wszechobecny patos formy materiału Ćwika wylewa się ze słów opisu projektu:

„Według Emmanuela Levinasa, twarz nigdy nie może zostać w pełni scharakteryzowana, nigdy w pełni przedstawiona. Jest czymś nieskończonym, nieokreślonym elementem, który burzy jedność i spokój naszego świata. Tym samym wzywa nas do rozmowy, do zwrócenia uwagi, do spojrzenia jednej twarzy w drugą twarz. „12 Twarzy” to historie okrutnych i nieludzkich przeżyć, zarejestrowanych na dwa sposoby. Spisanych na karcie papieru i utrwalonej na fotograficznej kliszy wielkoformatowej.(…)”

Jak czytam coś takiego to zaraz przypomina mi się charakterystyczny język klerykalny w kościele katolickim. Tam Jezus kroczy, nie idzie. Miłuje, nie kocha. A taka fotografia jest banalnie prosta w warstwie wykonania. Ustawiasz tło, ustawiasz bohatera i bach. Masz. Nie przesadzajmy z tymi procesami twórczymi, z tymi wyimaginowanymi podtekstami z pogranicza domorosłej psychoanalizy. To jest banalna fotografia, niebanalnego tematu. Niestety banalnie spłaszczona.

Każdy element tego projektu, wzbudza we mnie odruch odrzucenia. Właśnie z powodu nadętości swojej. Po co!? Przecież Filip jest dobrym fotografem. Może pomożecie mi to zrozumieć…?

Na koniec takie małe porównanie do tegorocznego Pulitzera. Ktoś wspaniale złapał najważniejsze przesłanie (!?) tej fotografii – „Wojna jest piękna”. Straszne, prawda?! Nagradzane jest zdjęcie, które pokazuje wojnę jak sielankowy, cudowny, wyidealizowany stan. Piękne światło. Kompozycja. Boskie. Tymczasem, ja mam w uszach książkę Millera czytaną w TOKFM. I nawet jeśli zamysłem jury było dokonanie tej karkołomnej wolty, nagradzając „piękne” zdjęcie z wojny, to ja tego nie łapię. A Filip poszedł na drugi skraj łąki. Udowodnić mi chce, że zwykłe portrety mają moc w warstwie fotograficznej, bo bohaterami są cierpiący w wyniku tych wspomnianych „pięknie” ukazanych wojen.

Nie kupuję tego!

 

Kilka linków:

Książka tutaj i tutaj. OFF festiwal.

5 komentarzy
  • barabarasz

    „Nie przesadzajmy z tymi procesami twórczymi, z tymi wyimaginowanymi podtekstami z pogranicza domorosłej psychoanalizy. To jest banalna fotografia, niebanalnego tematu. Niestety banalnie spłaszczona.”

    Właśnie dotykasz istoty rzeczy. Myślę, że to jest w ogóle szerszy problem dzisiejszej fotografii. Aspiruje do czegoś wielkiego, ale zazwyczaj wychodzą śliwki robaczywki oblane czekoladą i zapakowane w efektownie zaprojektowane sreberko.

    Zachęcam też do obejrzenia dossier finalistów krakowskiego OFF show. Można odnieść wrażenie, że zakwalifikowano prace filozofów wykorzystujących medium fotografii. Oczywiście teksty z obrazem zupełnie się rozchodzą.

  • iczek

    No i niestety muszę się z Tobą zgodzić, bo jestem właśnie świeżo po obejrzeniu tych kreacji OFF:)

    Ale obawiam się, że temperatura dyskusji może się oziębić, więc dodam jedynie, że zgadzam się częściowo :)

Komentowanie zamknięte.