Ilość kilometrów a ilość zdjęć

Czy liczyliście kiedyś relacje między przejechanymi kilometrami lub długością marszu a ilością wykonanych zdjęć? Właśnie o tym będzie ten wpis. O relacji między zaangażowaniem a efektami tego zaangażowania.

Wielu “wujków dobra rada” mówiło mi, że aby złapać dobre zdjęcie trzeba podejść bliżej lub polecieć daleko. Ta pierwsza część odnosi się oczywiście bardziej do reportażu, a ta druga… no właśnie, czy odnosi się do fotografii pejzażowej? Coś w tym jednak jest. Gdy oglądam kolejną relację z jakiegoś pleneru fotograficznego na Islandii czy w Arktyce lub gdzieś na Wyspach Owczych, to myślę sobie, że nigdy nie będzie mi dane się tam znaleźć i uciekają mi takie wspaniałe kadry! Bo pieniądze, bo czas, bo odległość…

Ale kiedy oglądam w sieci już setny taki sam kadr z tego samego turystycznego miejsca na wspomnianych odległych spotach fotograficznych, to przestaje mi być aż tak bardzo źle. Zaczynam wtedy sobie kalkulować, że wydam górę kasy, będę miał szansę 1 na 1000, że pogoda będzie mi sprzyjała i zrobię finalnie takie samo lub o wiele gorze zdjęcie niż te już widziane.

I wtedy nachodzi mnie przemożna ochota na to, aby wsiąść w samochód i pojechać w znane mi miejsca, które nie wymagają planowanie, wielkich pieniędzy, ale jedynie trochę kilometrów. Odwiedzić miejsca, które odwiedzałem dziesiątki razy i ponownie rozstawić statyw bez ciśnienia o mistrzowski wschód słońca, czy odległą krainę zza siedmiu mórz.

Bo ilość kilometrów, czy krótko mówiąc odległość jaką musisz pokonać do nowego miejsca nie ma nic wspólnego z jakością fotografii, ale co najwyżej z ich… ilością. Tak ilością klatek. Każdy fotograf pejzażysta doskonale wie, że kilometry i ilość zdjęć to zazwyczaj wartości odwrotnie proporcjonalne. Kiedy po prawie 3 godzinach jazdy wysiadam w Darłówku jest zimno, pada deszcz, a stan morza to fale wysokości ponad 1,5 m. I weź tu teraz naświetl klatkę przez 2 minuty i nie zalej całego aparatu. Nagle okazuje się, że jeden kadr to walka nie tylko z pogodą, ale w własnym ciałem, aparatem, statywem itd… Wtedy zaczynasz naprawdę zastanawiać się jak zrobić 2 zdjęcia, jak wykorzystać te kilometry przejechane. Ale i tak nie masz gwarancji, że się uda. Tylko czy robisz zdjęcia, by mieć takie gwarancję? Nie wydaje mi się.

Już kadrując wiesz, że białe grzywacze rozbijanych fal wyjdą jak biały śnieg na długim naświetlaniu i nie ominiesz tego. Linia horyzontu odetnie ostro zachmurzone niebo, a brak wyraźnych chmur i jakiejkolwiek struktury da ci w efekcie szarą, pusta przestrzeń nad morzem.

W takich momentach, mając w kręgosłupie te godziny za kółkiem myślę sobie, że to właśnie jest fotografia. Esencja zaangażowania, chęci, upartości, by uzyskać kadr. Kadr, który w 90% wypadków jest zwykłym zdjęciem. Kolejnym w portfolio, które nie jest porównywalne z Islandią, Szkocją, czy Wyspami Owczymi, ale jest wypracowany przez Ciebie.

Ilość zdjęć ma się nijak do czasu, jaki spędzam aby je wykonać. Czy jest to plener czy praca w studio, przygotowanie zawsze zajmuje więcej czasu niż samo zdjęcie. I chyba w tym jest całe piękno fotografii, jaką wykonuje. To styl życia. Styl bycia.