Festiwal w Ramach Sopotu 8-10.09

1080 719 FotoPropaganda

Cytat:

„Fotografie (…) stanowią intrygujący komentarz do medialnej kondycji sztuki współczesnej. Chodzi tu bowiem nie tyle o zacieranie zawsze przecież płynnych granic między różnymi gatunkami wypowiedzi artystycznej, czy też kwestionowanie sensowności operowania kategorią medium, ale raczej o wskazywanie na to, co zdarza się w momentach spotkań, o konsekwencje tych interakcji. Celem jest raczej dokonywanie takich przesunięć, w ramach których różne media naznaczają nawzajem swe cechy szczególne, gdy jedno z nich pozwala dostrzec i wydobyć to, co w drugim najistotniejsze. ”

Dobre co?! Jest taki automat do pisania biografii artystycznych i opisów kuratorskich. Wbijasz w formatki kilka haseł, kilka nazwisk twórców, których znasz, podajesz zainteresowania, date urodzenia i inne takie…  i ta maszyna wypluwa ci takie artystyczne statement. Taki, że jak to czytasz to wiesz, że obcujesz z wielką sztuką. Przez duże ‚s’. A ja jestem taki banalnie prosty w obsłudze wizualnej, że chciałbym to wszystko, co jest tak „pięknie” opisane zobaczyć własnymi oczami.

To, co przeczytaliście to wyimek z programu festiwalu fotografii „W Ramach Sopotu„, który odbędzie się w dniach 8-10 września w Sopocie, bo gdzieżby indziej. Wszedłem na stronę wydarzenia zachęcony zaproszeniem Pawła i poczułem się trochę jakbym przeniósł się w czasie o jakieś 5-8 lat. Lista nazwisk rezydentów (Krajewska, Dąbrowski, Lach, Milach) to fotografowie uznani i znani wszystkim interesującym się fotografią, ale… no właśnie. Mam wrażenie, że zaimponowałoby mi to właśnie te kilka dobrych lat temu, gdy fotografia w Polsce była popychana wprzód przez te osoby. Jaki cel przyświecał organizatorom by odkurzyć trochę te nazwiska kolejnemu pokoleniu, które może JESZCZE nie pamiętać tych fotografów? Nie wiem do końca. Czytam, że festiwal z założenia składa się z dwóch etapów i rezydencja majowa skutkuje wrześniową wystawą. Pójdę, zobaczę.

Nie ukrywam jednak, że już jestem zagubiony. Raz – poprzez przytoczone opisy tego artyzmu, z którym przyjdzie mi się zmierzyć piątkowego popołudnia (istny czelendż po piątku w korpo), a dwa – z powodu niechęci do znanych mi zbyt dobrze dań. Zapewne jest to festiwal artystycznej fotografii – tak wnioskuję z opisów, ale…

… uważam, że powinniście przyjść na ten festiwal, chociażby dlatego, że ja zapewne się mylę. Jak zwykle.

Na koniec jeszcze jeden cytat:

„Tymczasem artysta zaledwie otwiera temat, umożliwiając widzowi własne lub, co najciekawsze i najpełniejsze – wielokrotne opisanie sytuacji. Nawet jeśli aranżuje scenę portretową dla celów konkretnej fabuły, aranżuje sytuacje trwania. Miejsca, sztafaże i stylizacje – bez względu na to czy klarują, czy też woalują reżyserię – podnoszą temperaturę stanu przejściowego. Wyczulenie na momenty emocjonalnego zawieszenia, pozwala (…) ilustrować wnikliwie, ale nienachalnie, niejako mimochodem. Zapis gestów nie współtworzących jednoznacznego obrazu stanu ducha, to wyrazy zjawiskowego współbycia fotografa z modelem. „

Sopot

3 komentarze
  • Piotr

    Jestem zdziwiony Twoim zdziwieniem. :) Język zawsze był częścią sztuki, a sztuka nie istnieje bez sposobu jej opisu i narzędzi do jej dyskusji. Owszem, można zarzucać, że specyficzny język ma stanowić dodatkowy próg wejścia, ale to też działa w drugą stronę – wymaga pewnej edukacji od odbiorcy. A sztuka jest sztuczna i bez przygotowania odbioru nie istnieje.

  • Piryt

    No to jeszcze coś na serio.
    Każde środowisko zawodowe ma swój fachowy język. Ja się zajmowałem automatyką przemysłową i oczywiście w rozmowach z fachowcami też go używałem. Ale bywałem też często w tzw. terenie i musiałem się dostosować do obyczajów lokalnych środowisk, często ludzi prostych, przyuczonych do zawodu. Inaczej nie miałbym życia, nic bym nie załatwił. Ale też przez szacunek dla tych ludzi. I wiem z praktyki że mniej więcej to samo można powiedzieć w sposób prosty i zrozumiały dla każdego. Język fachowy ułatwia życie fachowcom. Nie bardzo mi się też chce wierzyć, że fachowcy od fotografii (ogólnie od kultury/sztuki) na co dzień posługują się takim językiem. Na mój gust polega to na tym, że informacja do imprezy składa się zwyczajowo z jakiegoś tekstu i jakiegoś obrazka. Tekstu potem nikt nie czyta, przeciętny odbiorca idzie na wystawę i ogląda. Tu wyłania się pytanie podstawowe: kto jest właściwie adresatem imprezy? Przeciętny widz, czy wąskie grono fachowców, które zawiłym językiem stara się odróżnić od szarzyzny i przeciętności widzów.

Skomentuj

Twój email nie będzie widoczny.