Pejzaż

studium i punctum

Pejzaż – studium i punctum

1080 720 FotoPropaganda

Czy możliwe jest aby w fotografii pejzażowej stosować wykładnię fotografii Barthes’a i zbudować zdjęcie składające się ze studium i punctum? To właśnie te dwie zmienne budują zdaniem Rolanda prawdziwą fotografię. Studium, czyli kontekst fotografii, pewne uwarunkowanie cywilizacyjne i historyczne – tło dla punctum, czyli elementu zachwytu, zaciekawienia – ukłucia/użądlenia, jakby to przetłumaczyć wprost. Jeśli czytaliście „Światło obrazu”, to z pewnością zauważycie, że pośród przywołanych w tej książce fotografii, tylko dwie, a właściwie jedna fotografia (bo ta druga jest tylko przykładem pierwszej fotografii Nipce) jest pozbawiona ludzi. Wszystkie inne zdjęcia ilustrujące analizy Barthes’a są zdjęciami ludzi. Czyżby więc, punctum i studium nie było możliwe do zastosowania w fotografii pejzażowej?

Oj nie, oczywiście że się da! Otóż dokładnie tak samo, jak do fotografii ludzi, założenia istnienia punctum i studium da się użyć w pejzażu. Jednak uwaga! Nie chodzi tutaj wcale o sztafaż. Należy to dobrze rozgraniczyć. Spotkałem się bowiem z interpretacją, że to właśnie element uatrakcyjniający zdjęcie jest punctum – nic bardziej mylnego. Zupełnie nie o to chodzi. Tymczasem, w fotografii pejzażowej najczęściej stosowanym zabiegiem (skądinąd całkowicie uzasadnionym) jest jakiś element na pierwszym planie lub na drugim, który jest głównym bohaterem kadru, a wokół niego są „piękne okoliczności przyrody”. I takich zdjęć pejzażowych oglądam setki, miliony. Wszystkie zakładają ten sam schemat. Jak na poniższym zdjęciu:

To zdjęcie jednak z trudem prawdopodobnie „ukłuło” by Barthes’a. Oczywiście owa reakcja użądlenia na zdjęcie przynależna jest każdemu odbiory i to, co dla niektórych jest tylko umiejętnym kadrowaniem z zachowaniem zasad kompozycji, dla innego może być studium i punctum. Absolutnie nie twierdzę, że takie komponowanie kadrów jest złe. Jest w sumie bardzo dobre. Przecież trudno inaczej wyobrazić sobie fotografię pejzażową, jak nie pokazanie wybranego elementu poprzez umieszczenie go w kontekście warunków przyrodniczych czy astronomicznych gdzie punkt odniesienia musi być zastosowany by widz złapał skalę obrazu czy zjawiska (droga mleczna nocą, a w pierwszym planie górska chata – sztampa i klasyka). Czym więc w fotografii pejzażu ma być owe punctum? Oddajmy głos autorowi Światła obrazu:

Dla mnie fotografie pejzaży (miejskich czy wiejskich) powinny nadawać się do zamieszkania, a nie do zwiedzania.

Roland Barthes /Światło obrazu/

Tak opisuje to autor tej małej książeczki, załączając zdjęcie Charlesa Clifforda, Alhambra z 1854 roku. I wielu z was, w tym zdjęciu nie znajdzie nic z porządnej (w waszej opinii) fotografii pejzażowej XXI wieku. I wcale mnie to nie dziwi. To jest bowiem kompletnie co innego, niż zostało nam wdrukowane przez ostatnie 20 lat poprzez zalew kolorowych widoczków z mniej lub bardziej saturowanymi efektami. I muszę Wam się przyznać, że ostatnio mam problem z lukrowaniem zdjęć. Kilka ostatnich wschodów słońca lezy u mnie na dysku i po przeglądnięciu ich, aż żal jest pokazywać kolejny banalny wschodzik. Nie odnajduje w takich kadrach niczego, co „nadaje się do zamieszkania„. To sa puste kolorowe obrazki z zachodem lub wschodem słońca, które niewiele mają wspólnego z ukłuciem odbiorcy. Jaka więc powinna być fotografia pejzażu, by zaakceptował ją sam Roland?  Może elementy nie są tak istotne i trzeba szukać zupełnie czego innego, iść w kierunku abstrakcji. Coś w ten deseń:

Poczuliście jakieś użądlenie? Hmm… ja tak średnio, chociaż przyznam, że nawet w aparacie zdjęcie wyglądało naprawdę fajnie. Kolory siadły, burza przygnała siności i odrobinę światła zachodzącego. Może się podobać. I te statki na redzie. Czy to jest jednak połączenie studium i punctum w jednym spójnym obrazie fotograficznym? Nie wydaję mi się.

O czym więc do jasnej cholery pisze Barthes? Jest jeden ważny aspekt studium, który wielokrotnie podkreśla Roland. Otóż, owe studium jest elementem kulturowym, czymś, co zakodowane w naszym doświadczeniu cywilizacyjnym pozwala umiejscowić całą sytuację i zrozumieć ją. To, co dla nas w danej kulturze, w danym miejscu jest na początku punctum, dla kogoś z tamtego rejonu jest już od początku jedynie studium. Po pewnym czasie, jak podczas wyprawy do egzotycznego kraju, nasze pierwsze wrażenia rejestrowane jako punctum, stają się studium. Przyzwyczajamy się kulturowo niejako. I to jest największe wyzwanie w fotografii. Umieć okiełznać te dwa elementy tak, by odbiorca naszych prac całkowicie nieświadomie wczytał te dwa światy. Bardzo ciekawie pisze o swoich relacjach z Barthes’em Leszek Górski na swoim blogu. Zresztą, niniejszy wpis jest inspirowany jego przemyśleniami z pobytu w tym egzotycznym kraju pełnym punctum.

Ja tylko mogę dodać, że fotografia pejzażowa stała się dla mnie tym trudniejsza, im łatwiej jest stworzyć obecnie zdjęcie tego typu. Narzędzia i postprodukcja załatwia nam wszystko, całe studium praktycznie. Na szczęście do uzyskania pełni zdjęcia potrzebna jest ta druga sfera. Jakże trudna do odszukania. Jakże wyzywająca. Jakże w „króliczej norze” schowana. Na koniec pragnę podzielić się z Wami autorem, którego zdjęcia moim zdaniem najbliżej są barthes’owskich wymagań. Polecałem go już kilka razy: Ben Horne. Śledźcie jego kanał na YT, gdzie pokazuje jak dochodzi do swoich kompozycji. Dla wielu z was, efekty wydadzą się banalne, proste, łatwe. Jednak mnie jego zdjęcia kłują fantastycznie. Poniżej jeden z filmów:

6 komentarzy
  • Leszek

    Drogi Iczku, cieszę się, że mój wpis Cię zainspirował do Twoich przemyśleń. Ciężko jest o oczywiste punctum, również w pejzażu, ale często tego punctum trzeba szukać we własnej głowie. Każdy odczuwa inaczej. Przykładowo Twoje prawie puste zdjęcie działa na mnie i kłuje, nie szukam w nim niczego na miarę granatu w ręku chłopca ze słynnego zdjęcia Arbus, bo działa jako całość. Klimatem, kolorami i pozorną pustką. Bo pustka też opowiada historie, tylko trzeba je chcieć odczytać. Pozdrawiam!

  • Marcin

    Odnosząc się do Pana Horne, to słucha się tego całkiem dobrze, jednak konkluzja w postaci gotowej pracy nie powala mnie osobiście.
    – Po pierwsze kolor to wg mnie syf i ciężko mi w tym odnaleźć artyzm
    – Po drugie zastanawia mnie sens walki z 8×10 skoro ostatecznie ciężko będzie to odróżnić od zdjęcia wykonanego lepszą cyfrową małpą. Chyba że autor prezentuje swoje zdjęcia w formatach o krótszym boku ponad metr.
    – Po trzecie wydaję mi się że u niego jak i większości teraźniejszych „twórców” widzę wciąż te same kadry, to samo myślenie.
    – Po czwarte myślę, że kunszt fotografa widać w pełni w miejscach, w których nie ma nic do pokazania. Zrobienie zdjęcia w wielkim canionie nie robi na mnie wrażenia.

    Dla czego ludzie nie uczą się od mistrzów takich jak np Bill Brandt, Andre Kertesz czy chociażby współczesny Nick Brandt i wielu innych, a wzorują swoją pracę na zalewających nas cukierkowych kadrach z plastikowych aparatów…nie tędy droga.

    Może zabrzmiałem jak purysta, ale wcale tak nie jest. Narzędzie jest dla mnie drugorzędne, ale musi być wykorzystane z głową. Niestety „dobra fotografia” dzisiaj mocno mnie rozczarowuje.

    pzdr

  • Piryt

    Sądzę Marcinie, że takich purystów jest jednak dość sporo.
    Apokaliptyczne, przerażające swoją kolorystyką, powielane w nieskończoność wschody i zachody już tylko nudzą. Przypomina to rozrywki pierwszych turystów z XIX w. – oglądanie górskich krajobrazów przez kolorowe szybki.
    Pozdrowienia

  • Łukasz

    @Marcin
    Myślę, że zdjęcia, które robi i prezentuje Ben Horne, są wypadkową kilku czynników: jeśli chce się osiągnąć sukces lub rozgłos musisz z jednej strony wyróżnić się, w tym przypadku poprzez użycie aparatu dużego formatu, czyli być oryginalny (w swoim mniemaniu) i jednocześnie prezentować swoje prace, które schlebiają masowym gustom. Zdjęcie musi być podobne do poprzedniego zdjęcia a także do następnego, ponieważ tylko w tym przypadku odbiorca poczuje się bezpieczny i da się zauroczyć. Stąd tak wielka popularność wschodów i zachodów słońca, które idealnie pasują jako motyw dla takiego odbiorcy. Oczywiście dotyczy to również innych gatunków fotografii, ale w fotografii krajobrazowej jest to najbardziej spektakularne – wystarczy zobaczyć jak wygląda „fotografia górska”.
    Kto wie, być może prywatnie Ben Horne również jest „samotną wyspą”, która ma inne podejście do fotografii i to co robi dla siebie może mocno odbiegać od tego, co robi dla mas. Wiadomo, z czegoś trzeba żyć :-)

Skomentuj

Twój email nie będzie widoczny.