W nurcie – Flow

1000 667 FotoPropaganda

Zacznę od tego, że największym szczęściem Tymona Markowskiego jest to, że nie należy do Sputnik Photos. I pomimo, że brał udział w ich programie mentorskim nie dał się ich manieryzmowi, który od kilku lat drąży całą tą niegdyś naprawdę świeżą ekipę zdolnych fotografów. Markowski ustrzegł się tego manieryzmu obrazowego, który chyba ostatnio najpełniej oddaje wydawnictwo „11:41” ze zdjęciami Michała Łuczaka (Sputnik właśnie) oraz tekstem Filipa Springera. Jest to bowiem książka tak słaba w warstwie obrazu, że aż trudno uwierzyć, że jedzie się do Armenii w tak ważnej dla tego kraju osnowie wydarzeń sprzed wielu lat i robi się zdjęcia tak kompletnie pozbawione pomysłu. Gdy zobaczyłem te książkę w księgarni, długo wertowałem wszystkie strony, by upewnić się, że trzymam oto w rękach coś, co dwójka zdolnych ludzi robiła tak długo i nie umiała kompletnie poradzić sobie z tym tematem.

Z tym większą przyjemnością, aby nie użyć słów zbyt patetycznych, jak: estymą… oglądnąłem materiał Tymona Markowskiego „Flow” . Śmiem twierdzić, co zaznaczę już na wstępie, że ten projekt (bo o samym wydawnictwie albumowym za chwilę) jest najlepszym przez ostatnie lata materiałem o Polsce, jaki widziałem. Jestem przekonany, że olbrzymią przewagą Tymona już na starcie było doświadczenie redakcyjne z tej pierwszej linii bojów reportera – prasa lokalna. Czyli trzymanie się człowieka/odbiorcy. Jednak nie tylko. Duża wrażliwość na otaczającą rzeczywistość i umiejętność wpasowywania pojedynczych kadrów w kontekst opowieści oraz zaplanowaną narrację – uzupełniają dzieła. Tymon zrobił rzecz świetną. W każdej prawie warstwie. Zarówno samego pomysły opowieści o rzece (choć wcale nie o rzekę chodzi) bez jej pokazywania (w materiale nie ma ani jednego zdjęcia rzeki), poprzez konsekwencje narracji, a skończywszy na doskonałych zdjęciach w ujęciu samego obrazu. Te fotografie zostają w głowie, nie tylko jako kompozycje, ale przede wszystkim z nich wylewa się treść. Jako odbiorca, mam ciągłe wrażenie, że płynę wraz z autorem. Meandruje między kolejnymi przystankami rzeki, zakolami. Staję się mimowolnie konarem płynącym w nurcie kolejnych obrazów, tak świetnie też dobranych – tutaj ukłony do edytora. Nasączenie treścią zaskakuje mnie. Szczególnie, że spora część zdjęć robi wrażenie (jest?) inscenizowana. To konieczność przy takim przy projekcie i nie przeszkadza mi to wcale. Wręcz nadaje dodatkowego, trochę abstrakcyjnego szlifu całości – jak zdjęcie człowieka na kajaku. Zresztą, perełek w tym materiale jest mnóstwo, wręcz czasami brakuje tutaj spowolnienia rytmu, by odczuć i nasycić się poprzednim kadrem – tutaj przytyk do edytora :) Rytm jest zbyt silny dla mnie. Książka, jak wspomniał na spotkaniu autorskim sam autor, jest bardzo zwarta, zdjęć nie jest za wiele. Dzięki temu osiągnięto efekt szybkiego wchłaniania. Ja wolę trochę zwolnić. Gdybym miał porównać materiał do muzyki, uznałbym, że aranżacja zawiera za wiele synkop. Ja chciałbym kilka pauz, parę legato w kilku miejscach piękne ritenuto.

Treść czyni z tego projektu majstersztyk. Treść zdjęciowa. Nie ta opisana na odwrocie każdego zdjęcia. Idealna odwrotność monotonnego i całkowicie zabitego nudą materiału „11:41” Łuczaka, w którym nie ma nic z lekkości wprowadzania treści w obraz Tymona. Uwielbiam zdjęcie z rybą nad ścianą z tego prostego powodu, że widziałem takie ryby podczas wypraw na grzyby w te same okolice z ojcem w dzieciństwie.

Wydawnictwo jako takie.

Tymon wyjaśniał jaki był pomysł na książkę, która stanowi rozkładówkę połączonych ze sobą we wstęgę kolejnych zdjęć. Kompletnie mnie to nie przekonuje. Utrudnia mi to odbiór i nawet w obszarze samego używania albumu jest uciążliwe i dezorganizuje mi przeglądanie. Miotałem się podczas spotkania ze stronami, które mi się składały inaczej niż chciałem i blokowały kolejny kadr. Jest to największa wada całego projektu. Tutaj pomysł kompletnie nie wypalił w mojej ocenie. Ekstrawagancja i forma przerosła autorów pomysłu. Za dużo chcieli wszystkiego dać. Trochę jak próba dodania do logo Apple kolejnego listka.

Podsumowując. Koniecznie kupcie lub obejrzyjcie „Flow” Tymona Markowskiego. Utalentowanego fotografa. Naprawdę warto. Już nie pamiętam kiedy ostatnio coś tak chwaliłem!

Tymon Markowski – http://tymonmarkowski.com

2 komentarze
  • Łukasz

    Nie boisz się porywać na świętości :-) Mam wrażenie, że kolektyw Sputnik popadł w pewną manierę z której ciężko mu wyjść.
    Zdjęcia Tymona Markowskiego są z kolei na przeciwległym biegunie tego co robi Sputnik ale może dlatego, że Tymon działa na stałym obszarze (Bydgoszcz) i doskonale czuje „swoje” otoczenie.

    P.S. Chętnie napisałbym coś dłuższego ale czasu brak :-(

  • iczek

    Sputnik byla dla mnie, jak dla wielu innych z mojego rocznika, prenym objawieniem. Swieżość. Pomysl. Realizacja. Po kilku latach sie wypalili. Poszli w kierunku niezrozumialej dla mnie filozofii i formy. Same ramki zostały formalne. :)
    Ale Tymon ma swoj czas.

Skomentuj

Twój email nie będzie widoczny.