Łódź, k…

1080 774 FotoPropaganda

Bardzo długo łamałem się nad zdjęciem, które powinno otwierać ten wpis. Równie długo sam siebie przekonywałem, że nieśmiertelny „cytat z Pazury” jako tytuł nie jest chyba najdelikatniejsza formą zajawienia jakiegokolwiek wpisu. A jednak, wybrałem tak cytat, jak i Fiata 126p spotkanego na podwórku w Łodzi by powiodły moje odczucia z pobytu w tym mieście. Mam bowiem wrażenie, że Łódź jest dokładnie taka jak ten cytat i jak ten maluch. Z jednej strony wygląd miasta mnie skopał po nerkach, z drugiej zaś właściwa część tego miasta dała mi energię. Zdaje sobie sprawę, że wizyta dwudniowa nie pozwala poznać niczego i oceniać miasto to głupota, ale w sumie pierwsze wrażenie jest też ważne. Tymczasem, ostatni raz w Łodzi byłem kilka lat temu na festiwalu fotografii i mam wrażenie, że jest tylko gorzej.

Maluch stoi jak stał i pokrywa się odchodami czasu, a i Łódź niewiele potrafiła ukryć ze swojego historycznego bagażu (nadbagażu), który wylewa się z niej pustostanami, obdartymi kamienicami i zaklejonymi byle jak połaciami murów jakby przykryte tapetą dziury w ścianie po gwoździach. Chyba pierwszy raz w życiu, będąc w centrum dużego miasta stanąłem na całkowicie pustej, pozbawionej samochodów ulicy, gdzie nie było żywego ducha, a puste kamienice strzegły chodników, którymi i tak nikt nie chodzi. Wrażenie całkowicie surrealne. Jakby ktoś zbudował scenografię do filmu i na chwilę wysłał całą ekipę na catering dwie przecznice dalej. Wrażenie potęgowało jeszcze pełne słońce, które towarzyszyło mi na każdym kroku. Gorące wiosenne powietrze i promienie południowego słońca jakby chciały dodatkowo podkreślić, że one tylko dekorują te wierzchnią warstwę oblicza Łodzi.

Ja wiem, że każde miasto ma swoje wstydliwe strony, swoją ciemną stronę księżyca; mój Gdańsk też to ma. I to równie dobrze obdartą z piękna. Niemniej, mam wrażenie, że w wypadku Łodzi, jego maska dominuje nad zawartością prawdziwą, o której chcę za chwilę napisać. Przygniata mnie powierzchowne wrażenie tego miasta, jedynie z pięknymi momentami w strukturze, w tkance miejskiej. Takimi jak osławiona już Manufaktura, notabene ktoś musiał pierdyknąć tam jakiś supermarket z oblepionymi reklamami szybami, nie dało się utrzymać sterylności tych odnowionych murów. Albo loftami świetnie odnowionymi. Jednak pomimo tych wyjątków, miasto wydaje się być na progu zamknięcia. Wiem, że są kamienice ubrane już w nowy tynk, ale dochodząc do nich ulicami, które zostały rozorane przez szyny tramwajów i nikt tego nie naprawia, to aż mnie w dołku ściska, bo zaczynam doceniać inwestycje własnego miasta w takie czysto porządkowe sprawy. Być może chwytam się szczegółów, ale nie da się od nich uciec.

Warstwa fizyczna miasta to jedno. Łatwo jest tak fotogeniczne plenery po prostu obcykać. Jednak przecież w żadnym momencie nie mogę powiedzieć, że moje zdjęcia przedstawiają prawdziwy obraz Łodzi. Ja ją jedynie powierzchownie obszedłem. Ubodła mnie, to prawda. Pomimo tego, zupełnie coś innego na dłużej przyciągnęło moją uwagę. Coś szczególnego, co w zdecydowanie większym stopniu stanowi o mieście, niż te wszystkie dziury w murach.

Ludzie.

Łódź, tak jak i każde inne miasto, to ludzie. A tych w Łodzi spotkałem mnóstwo. I w każdy, ale to całkowicie każdym przypadku byli to pozytywni ludzie, kompletne przeciwieństwo anturażu miejskiego za ich plecami. Jakby, specjalnie podkreślali swoją energią, że miasto ich nie determinuje, że to oni determinują miasto! I to zarówno począwszy od stroju, jak i serdeczności w kontaktach, nie dość tego trudno w wypadku Łodzi mówić o turystach, bo spotkać ich o wiele trudniej niż w Gdańsku. Na moich ulicach jest mi coraz trudniej spotkać gdańszczanina, bo zostali przykryci milionami turystów i to bez względu na porę roku i sezon. Tymczasem łodzianie i Ci mieszkający w niej są trochę jak dekoracja. Kolorowi. Weseli. Banalne? Pewnie tak, bo pisane i fotografowane ręką przybysza. Napisze ktoś, że w mordę pewnie nie dostałem w nocy w bocznej od Piotrkowskiej, będzie miał rację. Nie dostałem :) Za to zapisałem na pikselach kilkoro tubylców i w zestawieniu z całym tym rozdwojeniem między tkankę miejską a tkankę społeczną… na szczęście wygrywa ta druga.

Wyprawa do Łodzi to nie jest lot na księżyc. Nie jest to też Toskania czy inna cudowna Norwegia. Mam często wrażenie, że wybieramy się w dalekie i długie podróże, bo oczekujemy doznań innych niż zwykłe. Nowych, wspaniałych widoków i niezliczonej ilości zdjęć na dyskach. Tymczasem, jak już wiele razy powtarzałem… czasami wystarczy wychylić głowę za uchylone drzwi. Spojrzeć może ciut inaczej i okazuje się, że fotografować można wszędzie. Nawet w Łodzi, chociaż to już bluźnierstwo, bo przecież masa fotografów w Polsce pokończyła zacną uczelnię Filmową w Łodzi i nie dość, że znają to miasto sto razy lepiej niż ja, to doskonale wiedzą, że fotograficznie są lepsze miejsca.

Ja na koniec chciałbym podziękować jak zwykle moim towarzyszom, bez nich całe te nasze eskapady byłyby jedynie, faktycznie weekendowym przelotem i łyknięciem kilku kaw. Będąc w Łodzi fotografuje się bramy i w bramach. Trzymam się tego usilnie. Nie zamierzam tego zmieniać.

Tak więc bramowy salut panowie!

5 komentarzy

Komentowanie zamknięte.