2017

1080 720 FotoPropaganda

W całym tym codziennym morzu niepewności, ważne jest by mieć zawsze w perspektywie jakiś stały element. Dla każdego z nas, tym odniesieniem jest co innego. Jednak nie ma wątpliwości, że brak takiego osadzonego na trwałe punktu rozwala nam system. Gubimy się. Jako fotografowie, doskonale wiecie o czym mówię, bo przecież w Waszych kadrach posługujecie się dokładnie tę samą zasadą. Obojętnie czy jest to street, landscape, reportaż czy portret w studio. Zawsze szukamy mocnego akcentu, czegoś co buduje całą koncepcje kadru, komponuje naszą klatkę.

Nie zapominajcie więc o tych stałych elementach. Tak w fotografii, jak i w życiu. Czego Wam i sobie w tym 2017 życzę! Oby każdy kadr znalazł swój mocny i stały punkt, wokół którego zapleciecie resztę kompozycji. Oby kolejny rok przyniósł wam kadry i światło, które spełni wszystkie Wasze estetyczne wymagania. Bo czym byłaby ta nasza zabawa fotograficzna, gdybyśmy nie starali się w niej dorównać swoim własnym wyobrażeniom o ideale? Przecież fotografując kolejną bressonowską chwilę na ulicy, czy łapiąc kolejny w naszym życiu wschód słońca i jakiś szczególny moment w ruchu wody – zawsze chcemy poprawić to, co już dokonaliśmy. Nadal szukając, nadal starając się przekroczyć własne ograniczenia.

I chyba właśnie na tym polega istota foto homo sapiens – ogranicza nas jedynie wyobraźnia i to z nią ciągle walczymy.

Mam nadzieję, że przekraczacie te granice za każdym razem i chyba tak jest. Mam wrażenie, że miniony rok odbił się trochę fotograficznie od dna, które panowało z powodu elektroniczno-smartfonowej rewolucji. Wróciły długofalowe projekty, pojawiły się ambitne nowe spojrzenia na medium fotograficzne. Powrócił druk z mocą ‚selfpabliszingu’ w doskonałym stanie i doskonałej jakości. To cieszy. To są objawy przekraczania granic.

Zaraz obok tych wielkich słów, które brzmią tak patetycznie, jest zwykły dzień fotografa. Jak dzisiaj. W ostatni dzień roku. Pobudka 6:00. Zimne rękawiczki zostawione poprzedniego dnia w aucie nie grzeją jak powinny. Trasa jeszcze po ciemku nad morze. Wciągane wodery, nie używane od lata, przypięte troczkami do paska człapią za nas jak rozklekotany maluch. Lodowata woda przy -3 stopniach pozwala ustać po pas w wodzie jedynie przez 2-3 minuty. Głowica kulowa, najgorszy z moich fotograficznych zakupów ever (!), wnerwia mnie za każdym razem gdy drobna korekcja wymaga wyjmowania filtrów, szukania kieszeni na nie i ponownego komponowania całości kadru. Ponad 30 metrów od brzegu plaży, podskakując w rytm przypływu drobnego i biegnących fal, odcinam się od wszędobylskich psów puszczonych luzem po plaży przez oszalałych z miłości do nich właścicieli. Szukam możliwości kadrowania z założonym filtrem 10-stops. Nie da się. Gluty. Szaro. Buro. Wschód niewiele pomaga. Mogę jednak zredukować ISO do 160. Szukam, tańczę ze statywem brodząc po wodze. Para biegaczy fotografuje idiotę (mnie). Słyszę śmiech. Zostawiam aparat samopas w wodzie. Wychodzę na brzeg. Minutnik odlicza 180 sekund. Stoję i grzeję zamarznięte palce u stóp w piasku plaży. Pikanie. Brodzę do aparatu, który sam wygląda dziwacznie na tych trzech nogach na środku wody. Śmieszne.

Ostatni dzień 2016. Zamarzam. Czapka w ciepłej szufladzie pewnie śmieje się ze mnie. Zapomniana.

Fotografuje BW. Cóż z tego, po wgraniu do LR i tak wszystko mam w kolorze. Zostają JPGi. Te jedynie oddają chociaż w połowie, to co ja wyobrażałem sobie fotografując.

Gluty. Lubię.

1 komentarz

Komentowanie zamknięte.