Justyna Zduńczyk

polecam

Justyna Zduńczyk

1080 720 FotoPropaganda

Mam wrażenie, że zdjęcia Justyny towarzyszą mi trochę niejawnie, ale od dawna. Nazwisko Zduńczyk zawsze gdzieś przewijało się między moimi fotograficznymi horyzontami. Na jakiś czas zgubiłem ją z oczu, ale z ta większą przyjemnością sięgnąłem dzisiaj do jej bloga i przejrzałem stronę.

Naprawdę jest co oglądać. Z jednej strony, ja coraz bardziej zżymam się na zbyt cyzelowane zdjęcia i zbytnią ich „podobność”  do fotografii stockowej, która swoją drogą (paradoks!?) jest obecnie na najwyższym poziomie. Na to nakłada się dodatkowo jeszcze moja wybitna niechęć do ideałów. Ideałów przedstawianych przez ostatnie lata na różnych blogach pseudo-lifestyle, gdzie życie wydaje się pasmem pięknych zapachów, porannych kaw w pościeli, filiżanek trzymanych w zadbanych dłoniach i drewnianych stołach i całego tego wyidealizowanego życia nieprawdziwego.

Jednak w wypadku Justyny udaje się znaleźć autorce bezpieczny dystans i na szczęście omija te rafy zbyt cukierkowego świata. W jej wydaniu jest to po prostu estetyczne. Nie przeestetyzowane, ale estetyczne. Smaczne. Oczywiście są te zdjęcia posypane cukrem pudrem, ale to jest właśnie ta różnica – jak między jagodzianką z cukrem pudrem a jagodzianką z polewą lukrową słodką jak diabli. Ja wolę i jem jedynie te z cienką warstwą cukru pudru. Lukier zabija smak jagodzianki.

Justyna Zduńczyk łapie światło w wielu obszarach. Fotografia portretowa i mody zazębiają się mocno i tkwią w stylistyce, do której zawsze jest daleko mężczyznom fotografom. Zawsze zazdrościłem fotografującym koleżankom, tego wysublimowanego spojrzenia.

Ja jednak zdecydowanie zatonąłem ostatnio w zdjęciach Justyny z wypraw i podróży. Po dłuższej chwili już wiem, co mnie przekonało do tej fotografii. Zacięcie Justyny do tzw. szeroko-pojmowanego streetu. Jej relacje są często bardzo wyidealizowane, ale pomiędzy tymi sprawnie podanymi podróżniczymi zdjęciami są perełki streetowe, które wskazują, że wrażliwość  autorki nie zatrzymuje się wyłącznie na widokach i nowych okolicach, które przecież tak łatwo się nam fotografuje. Ona poszukuje czegoś, co pozwoli nam jakość wejść w klimat zastany. Tak więc polecam jej osobny blog: http://utrwalanie.blogspot.com/ , na który mnóstwo relacji. Naprawdę warto. Wybrałem tylko kilka więc odsyłam do bloga.

Oczywiście, nie samymi feszynami, portretami i podróżami żyje człowiek więc i Justyna jakoś musi pewnie zarabiać na ten wywczas :) A jak obecnie zarabiają dobrzy fotografowie? Na ślubach. I tutaj nie ma wstydu, a rzec mogę z pełnym szacunkiem, że poziom zaliczany do jednego z lepszych w Polsce. Kilka stron znam więc wiem, co mówię. Naprawdę wysmakowane kadry i wyczucie światła (to zdjęcie z dzikiem w zagrodzie rozwala system! :)).

Na koniec przytoczę kilka zdjęć, które mi się bardzo podobają, bo ostatnio tęsknym okiem spoglądam ku fajnym reklamowym zdjęciom przedmiotów, marek itp. Justyna ma serie zdjęć nazwaną „Polish Brand”. Cholernie mi się podoba cała ta seria i przyznam, że to jest naprawdę wysoki poziom, bo to są cholernie trudne zdjęcia do zrobienia. Zwłaszcza jeśli produkt sam w sobie nie jest do końca wizualnie cudowny. Na szczęście, zazwyczaj pod tym hasłem „Polish Brand” kryją się świetne projekty, tym zapewne łatwiej jest znaleźć dla nich odpowiedni klimat. Fajnie, naprawdę fajnie.

Gorąco polecam Wam miejsca w sieci, gdzie pokazuje swoje prace Justyna Zduńczyk.

Strona autorska: http://justynazdunczyk.com
Blog podróżniczy „Utrwalanie”:  http://utrwalanie.blogspot.com/
Blog ślubny: http://justynazdunczyk.blogspot.com/

Niewątpliwie, Justyna podnosi aparat do oka wtedy, gdy i ja bym to zrobił. Pokazuje świat trochę tak, jak ja go postrzegam. I robi to w estetyczny sposób. Odwiedzić warto!

(wszystkie fotografie w tym wpisie są autorstwa Justyny Zduńczyk i podlegają ochronie prawami autorskimi)