Kultura foto i Pirelli

1024 683 FotoPropaganda

Kultura obok nas jednak

Jest godzina 12:00 w południe. Ciepło jak na tę praktycznie grudniową już porę roku. Stoję w centrum Zachodniego Świata. W pobliżu miejsca, które tak doskonale pamiętam z książki swojego dzieciństwa „My, Dzieci z dworca ZOO„. Książki, którą pochłonąłem i żyłem. Berlin. Banhof Zoo. Tylko dwa kroki do galerii C/O Berlin przy Hardenbergstraße 22.

W przedsionku galerii tłumek ludzi. Cały czas ktoś wchodzi wychodzi. Kupuję bilet, którego potem i tak nikt nie sprawdza. Wraz z kolejnymi widzami oglądam tony albumów w super normalnych jak na nasze realia cenach do 50 Euro za 200-stronnicowe wydania. Wchodzę na piętro i przysiadam z wrażenia. Tuż obok Davida Bowie, który spogląda na mnie rozebrany i przepasany jedynie szmatą.

To wszystko fotografie Anton Corbijn. Wystawa, przegląd jego twórczości na dwóch piętrach. Rozwala. Niszczy i włazi gdzieś między żołądek a przeponę. Surowość i nieuchwytna zdolność rejestrowania czegoś więcej niż tylko zewnętrze artystów. Dokładnie odwrotnie niż większość pozostałych znanych mi portrecistów gwiazd i sław. Kilkaset metrów dalej jest proste porównanie z Herbem Ritts, którego prace wiszą w Camera Work Gallery na Kantstrasse 149.  Tutaj mamy dokładnie ten zewnętrzny charakter modeli. Ten punkt, w którym oni nadal są tylko zestawem cech gwiazdy, celebryty, showmana. Corbijn uniknął tego losu. Ale nie wcale w kierunku pogłębionego psychologicznego portretu. Kompletnie nie to. On potrafił podejść dokładnie tak, że wszyscy jego bohaterowie są częścią tej fotografii. Potrafią z nim gadać, nadają jakby na tej samej fali. Trudno wymieć jedną lub dwie najlepsze fotografie. Chyba nawet nie powinno się. Corbijn demoluje to, co ja widzę w portrecie. Zewnętrze. Formę. On trafia mnie w splot i zginam się w pół. Chyba faktycznie, jak zauważył Jarek, to najlepsza wystawa fotograficzna (FOTOGRAFICZNA!) jaką widziałem. Prawdziwie fotograficzne prace portretowe.  Jestem pod wielkim wrażeniem prac Corbijna. Mam nadzieję, że kiedyś trafi do Polski.

Za to na pewno przez kolejne 30 lat do Polski nie trafi obecność w środku dnia, w powszedni dzień takich „tłumów” jak w Berlinie. Ani piękna pogoda, ani pobliskie Weihnachtsmarkt (to już ta pora roku) nie odciągnęły berlińczyków od kultury. Kiedy w Polsce uda się wykształcić te pogoń do piękna, kultury by o 12:00 w południe, w tygodniu, w galerii było więcej osób niż u nas podczas wielkiego wernisażu. Zaprawdę powiadam Wam, nie uda się. Może gdy zaczniemy brać nasze dzieci do galerii jak do McDonalda… Może. Tymczasem, wprost wstyd było wychodzić z C/O Berlin.

Gdyby ktoś był w Berlinie w tym czasie to polecam jeszcze siedzibę SPD w Willi Brandt Hause i dwie wystawy już o zupełnie innych charakterze – reportersko-społecznym. Warto pójść nie tylko ze względu na fotografię, ale także i architekturę samego miejsca. I to samo… godziny późno popołudniowe w sobotę tym razem. Kilkadziesiąt osób. Zaraz potem zakładam, że pójdą napić się ciepłego wina, zjeść wursta, by na koniec wylądować w restauracji, o ile uda się im znaleźć choć jedno wolne miejsce :)

Pirelli idzie w przeciwnym kierunku.

Golasy na słoniach. Golasy z robalami. Golasy w rzece. Golasy w lesie. Wszędzie golasy. Ostatnie edycje Pirelli szły w kierunku, który nie do końca dla mnie był zrozumiały. Jednak przyjąłem za pewnik, że zestarzałem się i po prostu nie rozumiem współczesnej fotografii. W tym także tej lansowanej przez Pirelli. Brudna modelka w majtkach  uniesioną bluzką – jakoś już mnie te licealne zabawy nie bawią. Może dlatego jakoś bez entuzjazmu odniosłem się do informacji, że tegoroczną edycję robi Annie Leibovitz. Sama fotografka wraca jak widzę do łask w magazynach kolorowych, bo ostatnie lata jakoś nadwyrężyły nie tylko jej finanse, ale także i wenę twórczą. Ostatnio coraz jej znowu więcej. Jakby więc na potwierdzenie, najnowszy Pirelli to dzieło w 100% w stylu Annie.

I teraz tak. Dla niektórych „wieje nudą”, dla innych „klasyka gatunku”, jeszcze inni doszukują się wejścia kalendarza w sferę bardziej social niż porno. Może to także pod naciskiem wicepremiera Glińskiego…?:)

Tak czy siak, mamy nową odsłonę Pirelli. Jak była robiona? To chyba najlepiej pokazuje strona poświęcona kalendarzowi, do obejrzenia której zachęcam.

Kierunek słuszny Waszym zdaniem? Rozpatrując to jedynie w warstwie estetyki, to ja jestem na tak. Wolę to. Wolę klasykę portretową w wydaniu Annie niż kolejną jazdę z wychudzonymi pannami na drzewach, psach i z kotami na głowie. Niemniej coś mi tutaj zgrzyta. Trochę jakbym chciała pójść bezpiecznie – działa Annie. Uzasadniając to uczestnikami sesji, które same w sobie są osobowościami fotografka mówi mi – to wystarczy. One są tutaj ważne, a nie wodotryski formalne, które zawsze mogę zastosować, bo budżet mam nieograniczony. Coś w tym jest, ale… ciut więcej wysiłku w konstrukcje całości bym oczekiwał. Ta sama szmata na ścianie od lat, ten sam sposób świecenia od lat, te same filtry w Lightroom od lat. Ta sama desaturacja… czy ja wiem.

Nie jestem przekonany. Niemniej sama storna www i pokazanie pełnego backstage to gratka dla fotografów. Poza tym, cała historia kalendarza. Wywiady. Wow! Cieszę się, że Pirelli idzie też w tym kierunku. Estetyczne i miłe.

Podsumowując. Mamy wokół siebie trochę kultury fotograficznej. Skorzystajmy.

I jeszcze taki film trochę tytułem uzupełnienia.

2 komentarze
  • MW

    Co do Berlina vs Polska, to troche slabe porownanie, bo Berlin wygrywa z kazdym jednym miejscem w Europie na kilka dlugosci…

    A co do nowej pirelki, to troche sie czepiasz :) Kawal porzadnej fotografii

  • Krzysztof

    Latem byłem na wystawie Corbijna w Fotomuseum Den Haag – wrażenia podobne do Twoich z Berlina. Chętnie zobaczyłbym jeszcze raz te zdjęcia na ścianach. W sumie Berlin nie tak znów daleko, może by więc tak sobie prezencik świąteczny zrobić i zamiast 25 grudnia spędzać pod choinką wyskoczyć na dwa dni za zachodnią miedzę. Bardzo lubiłem starą siedzibę C/O, sporo dobrych wystaw w tym postpocztowym molochu z czerwonej cegły zobaczyłem, w tym Lindbergha. Odremontowany Amerikahaus jako nowa siedziba C/O, podoba mi się mniej, choć porównywać trudno, bo oba gmachy są bardzo różne. Najważniejsze, że zawartość nadal zajmująca!

Komentowanie zamknięte.