Fotograficzny wytrysk

1024 710 FotoPropaganda

Warto regularnie zadawać sobie pytanie: po co fotografuję?

Tak po prostu. Wstajesz rano. Pijesz kawę lub co tam masz i patrzysz w lustro. I pytasz się siebie. Po co bierzesz aparat i robisz zdjęcia? Co ci daje ten zapis cyfrowy na karcie, przerzucony potem do komputera i wyświetlany w lightroom? Po co piksele rejestrują światło z długością równą otwarciu migawki, a filtry zamontowane wokół tych milionów punktów dodają nań kolory i barwy. Czemu zaprzęgasz do pracy te dziesiątki procesów na jednym lub dwóch procesorach, które posiada twoja kamera? Jeśli odpowiedzią jest stwierdzenie: „Aaaa wrzucę wieczorem na fejsa.”, to zapewniam Cię, żeś dupa nie fotograf! Niestety „zdupieliśmy” wszyscy. Fotografowie z nas tacy, jak cały ten świat fejsowy nam narzucił.

Znam ja oto wielu dobrych fotografów. Powiem więcej, wybitnych. I wcale nie mam na myśli jakiś tuzów zagramanicznych. Nie. Myślę tutaj o wielu krajowych, rodzimych fotografach, którzy zdupieli. Zdupieli całkowicie. A to dlatego, że ich fotografia stała się tym, czym nie powinna się stać. Stała się chwilą, sekundą uwagi naszej, gdy miga nam kolejna dziesiątka nowych postów z ostatniej godziny. A ich ilość jest wprost proporcjonalna do ilości naszych follołersów i obserwowanych łoli innych fotografów.

Doszliśmy już do tego, że naprawdę wybitni fotografowie ścigają się na szybkość umieszczenia fotki na fejsie tuż, zaraz, natychmiast po zrobieniu. I nie ma absolutnie znaczenia tutaj fakt, czy to jest dobra fotografia, gówniana czy wybitna. Wrzucane jest jak leci. Byle lajki ściągnąć…

…byle szybko wytrysnąć swoją cudowną pasją wprost na fejs wszystkich przyjaciół.

A ja dzisiaj ujrzałem i przypomniałem sobie po co fotografuję. Po jaką cholerę od 20 lat ścigam się ze słabościami, wyzwaniami, monotonią spełnienia i niespełnienia pożądliwością. Dotarło to do mnie na wystawie Tomka Gudzowatego w PGS Sopot. Byłem całkowicie sam. Światła zapalono tylko dla mnie. Właściwie to nie byłem sam, bo obrazy (tak, obrazy!) po prostu wyłaziły z tych wielkich ram do mnie. Napierały na świadomość i atakowały pewnym stanem aktywności. Czy pisze bełkotliwie?

Być może.

To wynik fascynacji obrazem. Obrazem podanym idealnie. Wręcz zbyt idealnie. W formacie, który onieśmiela. Który sprawia, że podejście do zdjęcia staje się mimowolnie przekroczeniem intymności zamkniętych w ladrze bohaterów. Jak on to robi? Tylko formatem? Plastyką szkieł do LF? Nie wiem. Wiem jedno, w sposobie podania i prezentacji zdjęć, Gudzowaty w Polsce nie ma równych. Zapewne nie tylko w Polsce. Nie widziałem dotąd wystawy równie wizualnie przygniatającej o tej jakości odbitek/wydruków. Ostatnia, którą widziałem i która może się jakoś równać to Kacpra Kowalskiego „Efekty uboczne” w Leica Gallery rok temu. Ale to i tak nie to. Bo nie chodzi przecież o jakość samych wydruków. Chodzi o coś zdecydowanie ważniejszego. O te cholerną treść.

Treść, która umyka w naszej fotografii na rzecz szybkości i tryskania swymi kadrami na fejsie.

Jakże cudownym pomysłem było umieszczenie tej wspaniałej ściany z dwustu osiemdziesięciu sześcioma zdjęciami w formacie jakieś 13×18 w 13 rzędach i 22 kolumnach! Wszystkie kadry ze słynnego reportażu o antylopach. Stoisz przed taką ścianą i zastanawiasz się ilu dobrych fotografów miałoby pożywkę na wrzucanie codziennie jednego takiego kadru na swoim łolu. A tutaj wiszą.

To chyba jest prawdziwa świadomość fotografii. Ta wystawa i jej jakość. I jak już niektórzy z Was zaczynają swoje biadolenie o tym, że trzeba mieć kasę itd… to powiem Wam – zdupieliście! Kiedyś nikt nie miał kasy, a wystaw było więcej, zwłaszcza tych amatorskich. Dzisiaj… pieprznę super fotę na fejsie i już! Idę robić dalej.

Wiem, że narzekam i jęczę, ale mam straszliwego kaca, że zdupiałem fotograficznie. Dałem się zdupić. Fejsowi, intragramowi, pikselom, srelom. I nie przekonacie mnie, że to nie ma wpływu na naszą świadomość fotografii. Ma! Jeśli nie szanujemy tego co robimy po godzinach zawodowej pracy, to po ……  to robimy!? Jeśli pieprzoną walutą określającą jakość naszych prac jest ilość kciuków uniesionych w górę w wirtualnym świecie, to ja to chrzanię. Jeśli szybkość dostarczenia fotografii do netu jest wartością, z którą już czujemy się spełnieni fotograficznie – to ja wysiadam. Nie nadążam za tym. Patrzę i zdumienie mnie ogarnia, gdy galerie autorskie, nawet już te www, zostały zastąpione fejsem. Nie warto pokazywać fotografii w dobrej jakości, bo stron nikt nie odwiedza, a fb wszyscy. Straszne. Tym milej było mi spokojnie, spoglądać w ryje, paszcze i mordy stworów tak cudownie podanych przez Tomka. Dzięki!

Na wystawie jest tylko jedno jedyne zdjęcie kolorowe. I wiecie co, jego umieszczenie cudownie mi pasuje jako pointa :) Gdyby przyrównać świat kolorowy do fb, a świat czarno-0biały do fotografii to cudownie pokazuje to relacje między tym co ważne i angażujące nas, a tym co powierzchowne i błyszczące.

Trzymam kciuki za Wasze fotograficzne boje.

1 komentarz
  • Adam K.

    Po tym, jak bardzo mi się podobała wystawa „Beyond the Body” w Sopocie nie omieszkam odwiedzić i tej. Zresztą sfotografowałem poprzednią, też byłem sam jeden na sali, niezapomniane wrażenia.

Komentowanie zamknięte.