Miłość

150 150 FotoPropaganda

Skuszony opinią, że jest to najlepszy dokumentalny film biograficzny o zespole muzycznym, oglądnąłem wczoraj „Miłość” Filipa Dierżawskiego. No i. No i nie oderwałem wzroku przez cały czas. Mogę zrozumieć, że osoby nie z Gdańska mają zupełnie inny stosunek do tego filmu, do członków zespołu Miłość, ale akurat w moim wypadku gdy wychowywałem się na tym samym osiedlu co Możdżer – wszystko to nabiera dodatkowego waloru. Wspaniale zrobiony materiał z ogromną ilością muzyki i chyba prawdy tkwiącej w tych niesamowitych artystach. Wszak to czystej krwi friki artystyczne. Losy pokierowały każdego z nich w inną stronę, ale na czas udało się losowi zebrać ich razem.

Nie będę opowiadał, polecam nawet jako przykład świetnie skomponowanego obrazu. Z masą fantastycznie estetycznie dobranych kadrów i cięć. Piękny film. Montażowo tak połamany jak muzyka, którą słychać w tle.

Oczywiście każda minuta filmu była jakąś taką wewnętrzną samorefleksją nad tamtymi czasami, nad tym, co ja robiłem. Nad zmianą w muzyce, w podejściu do muzyki, nad całym tym chłamem otaczającym nas teraz. Odniesienia do fotografii aż nadto bezpośrednie, bo w warstwie odczuć nad kondycją elektronicznej muzyki, nad „cyfryzacją dźwięku” jest to prawie tożsame dla mnie z fotografią. Z moim jej postrzeganiem.

zakon_027

Wróciłem z Torunia. Zjazd geriatryczny fotografów, którzy zaczynali przygodę z aparatami, gdy królowały filmy, okazał się nad wyraz emocjonujący i witalny. Nie jestem już jednak tak załadowany chęcią do wyciągania aparatu z torby, jak bywało to wcześniej na tzw. plenerach fotograficznych. Nadal zmagam się z niemocą i chęcią analizowania wszystkiego wokół, zanim sięgnę do torby. Wyniki tej analizy w 99% są zawsze takie same: to już było, już mnie to nie bawi, nic nie będzie z tego kadru, to światło widziałem już n milionie innych fotek. Efekt? Aparat spokojnie ogrzewa się obijając o biodro w miękkiej torbie.

Nie wiem czy też tak macie, ale przełamanie tego cholernego wypalenia i zagłuszenie tej nadpodaży fotografii wokół jest dla mnie na razie nieosiągalne. Strach. Dobijają mnie zabawy kolejnymi cyfrówkami. Choć lubię je dotykać i miło od razu poprawiać błędy w kadrowaniu, to jednak pozostanę przy swoim – dla mnie fotografia to jednak pewien stan umysłu. I możecie to nazwać pseudo-psychologicznym pierdoleniem, ale ja wolę nie zrobić zdjęcia, niż robić je dla samego robienia. Ten etap mam za sobą. Zastanawiają mnie nadal teorie, które mówią, że powinienem przestać analizować i robić wszystko, co widzę. Nie umiem niestety się odciąć. Przykładam oko do kominka, patrzę na świat zmniejszony do formatu 6×7 i …. kupa. Nie naciskam.

I trochę wracam do filmu „Miłość” – tam członkowie zespołu też jakoś tak nie potrafili robić rzeczy, które wszystkim i każdemu z osobna nie pasowały. To skutkowało niemocą, żalami, rozbratem. Ale może właśnie dlatego byli wielcy, że nie poszli na zbyt wielki kompromis. Nie „naciskali migawki”, gdy nie czuli, że to jest ich własne. Coś jest w tym wspólnego.

Polecam Wam film i taką delikatną autorefleksję… może warto czasami nie naciskać. Pomimo wszystko :)

2 komentarze
  • Universum Vicerosum

    Polecam wypowiedź Pawła Żaka w jednym z ostatnich odcinkach „szerokiego kadru”. Tłumaczy skąd może brać się niemoc – „to już było, już mnie to nie bawi, nic nie będzie z tego kadru, to światło widziałem już n milionie innych fotek.”

  • PawelK

    Piotrze, jeszcze raz bardzo dziękuje za spotkanie w Toruniu. Stan fotograficznej melancholli dotyka nie tylko Ciebie. Sam się z tym borykam od dłuższego czasu pomimo używania nowoczesnych narzędzi ;). Życzę Ci by na powrót dopadło Cię uniesienie, ogarnął entuzjazm. Brakuje mi Twoich pięknych fotografii …
    pozdrawiam, Ambasador ;)

Komentowanie zamknięte.