Nie czas na aparaty

150 150 FotoPropaganda

Ona kucała nad brzegiem morza z lustrzanką przewieszoną przez plecy. Od tłumu różnił ją pewien szczegół, nie była rozebrana do stroju. Miała spodnie za kolano i lekką koszulę z podwiniętymi rękawami. Jeszcze jedna rzecz wyróżniała ją wśród tłumu. Podnosiła „wielką” lustrzankę do oka celując w grupę dzieci. Nikt w promieniu 50 metrów nie miał takiego aparatu.

– Dlaczego pani fotografuje mojego syna? – Pytanie o tyle dziwaczne, że nie wiadomo było, o które dzieci chodzi, bo przy brzegu było ich wiele.

– Ale co o chodzi? – kobieta w koszuli podniosła oczy znad wizjera. Spojrzała na matronę nad sobą i widać było, że zadziornie czeka na dalszy ciąg.

– No widzę, że pani cały czas fotografuje dzieci. Czemu pani to robi? Jest pani z jakiejś gazety?

Kobieta w koszuli wstała powoli. Aparat zwiesiła na plecach. Miałem wrażenie, że toczy ze sobą jakąś walkę, ale po chwili odparła spokojnie.

– Fotografuje, bo… to jest mój syn. Ten, który bawi się z tym chłopcem w czerwonych szortach. To pani syn?

Matrona zmalała. Znacznie. Stała się taka zwykła.

– A tak. To mój syn. Przepraszam, ale wie pani. Teraz takie czasy, że ludzie z tymi aparatami są wszędzie. Nie wiadomo po co i dla kogo te zdjęcia.

Ton głosu miał wszystko wyjaśniać. Kobieta w koszuli zawołała syna. Odeszli.

Matrona sięgnęła do torebki przewieszonej przez ramię.

– Adaś! Adaś! Odwróć się. Mama zrobi zdjęcie.

Ciche, nagrane w wersji mp3 cyknięcie migawki w jej telefonie zginęło w szumie fal i wietrze. Tak ja pozostałe milion cyknięć telefonów z aparatami, które w ciągu tego dialogu zrobiły tysiące zdjęć. Bo nimi wolno. Bo ich nie widać. Bo one są wszędzie.

IMG_4104

 

1 komentarz

Komentowanie zamknięte.