Wild Krzysztof Miller

150 150 FotoPropaganda

Pamiętacie ten wspaniały temat muzyczny z filmu „Midnight Cowboy”. Piosenka „Everybody’s Talking‚” To dla mnie taka klasyczna piosenka drogi. Nie wiem czemu skojarzyłem to z Millerem, ale coś pasuje tutaj.

Przeczytałem książkę Krzysztofa Millera „13 wojen i jedna”. Nie znam KM. Byłem kilka lat temu na spotkaniu z nim na UG w Gdańsku. Wyniosłem stamtąd wrażenie, że rozbieganie myśli tego człowieka powinno uniemożliwiać mu jakiekolwiek fotografowanie, bo mówić to on nie potrafi. Co dziwne, w jego przypadku jego „dzikość” wewnętrznych myśli jest doskonale spójna z fotografią. Książka jest dokładnie taka sama. Dzika. Pourywana. Porozrywana jak opisywane przez niego sceny wojenne.

Czy to jest książka o KM? Nie mam pojęcia. Nie znam go. Ale jeśli ta książka pomogła mu uporać się z tym, czym załadował swoje aparaty, „które poustawiane ma jak urny” w mieszkaniu, to dobrze. W warstwie czystego słowa nie jest to wybitna rzecz. Chyba zresztą nie taka miała być. Co dla mnie najlepsze, ja lubię takie połamane książki. Jeden dzień. Szybko czytam. Nie rozumiałem nigdy, gdy ktoś czyta książkę tygodniami. Jeśli nie mogę ukończyć książki w 2 dni, rezygnuje. Krzysztof pisze jakby strzelał z aparatu. Zmienia przysłony, zmienia czas. Zmienia kadry. Zmienia filmy. I tak stale.

Czy książka opowiada o życiu fotoreportera wojennego? Zapewne tak, chociaż jak mam to ocenić? Nie jestem w stanie nawet w ułamku momentu wejść w skórę KM, nie jestem w stanie zrozumieć co dzieje się na wojnie. Nie mam szans. Sposób w jaki podaje to Miller jest surowy. Wojna zapewne jest surowa. RAW. Takiego rawa dostajemy do Millera i trzeba go sobie samemu obrobić w fotoszopie. A właściwie lepiej… dostajemy film. Musimy go wywołać.

Masa dystansu do tego, co robi. Masa ironii. Masa zwykłego ludzkiego, śmierdzącego strachu i masa zwyczajnych działań, które składają się potem na kadry. Wszystko kręcące się jednak wokół pracy. Pracy fotografa. Wokół rzemiosła. Jest zlecenie, jest zadanie, jest limit czasu, jest limit kasy, jest limit odwagi. W te limity należy zmieścić jeszcze kilka dobrych ujęć. I tylko, jakby w międzyczasie, fotograf popada we własny świat, ludzki, nieludzki, sentymentalny, uczuciowy… na chwilę. By zaraz potem znowu być pracownikiem.

W podtytule książki czytam: „prawdziwa historia fotografa wojennego”. Jak reklama chipsów. Trochę mi tego szkoda. Trochę idealizuje zapewne, a KM obdziera te wszystkie szczeniackie wyobrażenia o poetyce pracy fotografa wojennego. Robi to wprost. Bez ozdobników. Myślę, że szczerze.

Dobrze, że napisał te książkę. Polecam Wam!


Jeśli ktoś z Was z jakichkolwiek przyczyn woli słuchać, to od poniedziałku 25 marca na TOKFM o 21:00 będzie książka czytana przez 10 dni. Przez kogo? :) Zobaczcie:

4 komentarze

Komentowanie zamknięte.