Stan

150 150 FotoPropaganda

Odwiedził mnie dzisiaj słoń. Nie wiem jak to zrobił, ale przeszedł przez ścianę  i zaczął gadać. Nie wspominałem, że to był gadający słoń?

Nie wiem czy też tak macie, ale jak długo nie fotografuje to popadam w stan jakiegoś nieokreślonego zawieszenia. Ni to szukanie weny, ni to deprecha spowodowana brakiem dźwięku migawki. Jakiś takiś dziwny stan. No więc kiedy wpadł ten słoń, to pomyślałem, że to musi być związane z brakiem fotografowania.

– Cześć, jestem Stan. – powiedział cichutko i wcale nie jak słoń niskim głosem, który naśladujemy opuszczając brodę do krtani. Powiedział to normalnie… jak słoń.

– Cześć. – odparłem, bo cóż mi pozostało widząc przełażącego przez ścianę słonia.

– Nie uważasz, że już czas abyś zaczął robić zdjęcia iczku!? – spytał niby to retorycznie, ale pauza dobitnie świadczyła, że spodziewa się odpowiedzi.

W tym czasie wykonał kilka ruchów trąbą i delikatnie uszkodził kontakt, bo akurat przełaził koło instalacji elektrycznej schowanej pod tynkiem. W sumie jakoś tak matrixowo się ta ściana odkształcała i tynk się nie sypał, co też, nie wiedzieć czemu, nie wydawało mi się na wówczas wcale dziwne. To dziwne!

– A co ty wiesz o fotografowaniu Stan? – spytałem zaczepnie, bo nawet we śnie jestem dość buńczuczny w stosunku do wszelkich uwag o mojej fotografii.

– Jak to, nie poznajesz mnie?! – ciągnął niezrażenie Stan, słoń. – Jestem twoim stanem fotograficznym. Zamurowałeś mnie jakiś czas temu, a ja się próbuje przebić przez Twoje lenistwo, udawany brak czasu i po prostu bylejakość, w której się znalazłeś. Bylejakość fotograficzną.

Rozmowa nabierała kolorów. Zwłaszcza, że każda rozmowa z własnym stanem, nawet poprzez Stana słonia, jest rzeczą dość dziwną, ale i pociągającą.

– Stanie mój, znaczy stanie Stanie – pogubiłem się przez moment. – Staram się jakoś wzniecić rządzę fotografowania, ale ostatnimi czasy faktycznie trochę podupadłem.

– Widać…

– Co widać?

– Widać, że podupadłeś. – Stan zamachał trąbą z dezaprobatą. – Ale mam dla Ciebie prezent pod choinkę. Oto Wena. Słonica Wena. Zza pleców Stana wyłoniła się trąba Weny. Nie była tak finezyjnie zakręcona jak trąba Stana (ci współcześni wylansowani chłopcy!), ale zwisała łagodnie prawie do samej ziemi. – Ona ci pomoże.

Wena najwidoczniej była poprzednią weną Stana w jego stanie depresyjnym, bo uśmiechając się od ucha do ucha, niewinnie kołysząc trąbą, odparła:

– Ach Stanie, nie przesadzaj. Iczek na pewno zdaje sobie sprawę, że wszystko zależy od niego samego, od fotografa. My Stanie, jesteśmy jedynie pomocną dłonią, dla jego pomysłów.

Stan powoli wycofywał się do wnętrza ściany, która po raz kolejny jakoś tak załamywała się dziwnie.

– A wiec Weno… co robimy? – spytałem  niepewnie.

Wena nie odpowiedziała.

 

– Kończy pan?

– ?

– Czy kończy pan już suszyć sobie rękaw, bo głowy już od 5 minut pan nie suszy więc zastanawiam się czemu zajmuje pan jedyną wolną suszarkę na basenie?!

 

 

3 komentarze

Komentowanie zamknięte.