Pod choinkę Wenecja

150 150 FotoPropaganda

Czy znacie odpowiedź na pytanie, dlaczego do jasnej ciasnej jest tak trudno skumać, że fotografowi pod choinkę należy kupować albumy, albumy i jeszcze raz albumy?! Co jest trudnego w tym?!

No, albo ja mam wybitnego pecha lub moi bliscy jacyś niekumaci. Od lat powtarza się to samo.

– Proszę roześlij wszystkim znajomym i rodzinie info, że chce coś fotograficznego (np,. album). Napisz tak dokładnie. – Z taka prośbą co rok od lat zwracam się do bliskich mi osób. Aby wszystko było jasne i co…

No i jasne, że witają mnie skarpety. Wełniane, a jakże!

– No bo przecież jak siedzisz w tych krzakach i polujesz na te ptaki bezkrwawo to musi być ciepło. – Matka jakby zapomniała, że od 5 lat nie robię fotografii ptaków.

– Krawat zawsze Ci się przyda. – Ironizuje ojciec. – Możesz nim związać nogi statywu czy coś tam :)

I tak bez końca. A szczytem była poprzednia Wigilia. Poza wybitnie przydatnymi w fotografii skarpetami i krawatami, dostałem T-shirt.

– No, ale otwórz, rozpakuj. – wszyscy jakby czekali na to.

– No przecież widzę, czarny T-shirt. – rzucam zdawkowo.

– Eeee nie wypada. Otwórz, pokaż. – czuję, że coś się za tym kryje. Otwieram

– Ha, ha, ha…. chcieliśmy koniecznie abyś dostał coś fotograficznego…! – Wszyscy strasznie się cieszą, prawie bombki pospadają, a ja ściskam w dłoni czarny t-shirt z nadrukiem białym. Aparat cyfrowy. No śmieszne. Mega śmieszne!

Ale ten rok zapowiada się naprawdę nieźle. Otóż, na dobre Wigilia się jeszcze nie zaczęła, a ja wzbogaciłem się już o dwa albumy fotograficzne. Koniec roku darzy.

O jednym już trochę pisałem, bo jest to album „Ja, Renata Dąbrowska – 100 portretów”. Pisałem wszak o zdjęciach bardziej, ale przyznam, że nie ma lipy – jak mawia najsłynniejszy niepolski paker świata :) Wydane to jest ze smakiem, zgrabnie i naprawdę estetycznie. Warte posiadania. Szkoda tylko, że nie mam dedykacji… cóż, jak pisałem w poprzednim poście – nie można mieć wszystkiego :(

Rzecz jednak chciałbym poświecić drugiemu albumowi, który w mroźny dzisiejszy wieczór trafił w me ręce z numerem 052/300 i odręcznym podpisem autora. Tak, tak, to prawdziwa gratka… limitowana seria 300 sztuk wydawnictwa, którego naprawdę nie należy się wstydzić. Album Pawła Kosickiego „Statione di Venezia”. Leży sobie obok i jak czarny kot pręży się do mnie swoimi 119-toma fotografiami. Wszystko w prawdziwie charakternych kolorach, do których w pierwszej fazie swojej twórczości przyzwyczaił nas Paweł.

Znam Pawła. Tym trudniej jest mi napisać cokolwiek, co mogłoby być w miarę obiektywne. Po prostu siłą rzeczy patrzę na te fotografie przez pryzmat człowieka, jakim jest Paweł. Ideowiec. Trochę zachłanny na światło, trochę zredukowany do malarskości w fotografii, której korzenie sięgają raczej decydującego momentu niż samej formy. On jednak godzi w magiczny dla siebie sposób obie te narracje wizualne. Lubię te zdjęcia, choć wcale a wcale nie wprowadzają one we mnie spokoju, mimo swej ulotności i łamliwości kadrowania [Jezu! – czy Wy w ogóle rozumiecie słowa, których ja używam, bo czasami sam nie kumam chyba ich – sic! ].

Byłem w Wenecji. Fotografowałem tam. Rodzaj światła zastanego na bruku między kanałami i ścianami wąskich uliczek potrafi przyprawić o zawrót głowy każdego światłoczułego fotografa. Jak pisze sam Paweł, to nie jest album o Wenecji. I dobrze. To jest zapisek na pudełku od zapałek. Urwana kartka z bibułki od papierosa. Skrawek chusteczki z kawiarni poplamionej porannym espresso. Ślad mokrego buta gondoliera odpychającego swoją łódź w poranny rejs. Drobna zadyszka po wejściu na górny pokład. To jest o tym. I nie ukrywam, że czuję to w zdjęciach Pawła.

Wydanie jest estetyczne. Kolor czarny okładki zbija mnie trochę. Wolałbym białą wersję. Byłaby idealna. Teraz już tylko czekam na kolorową wizję Wenecji Pawle! Będzie uczta coś czuję!

A na koniec, apel!

Kupujcie fotografom na prezenty WYŁĄCZNIE albumy! Słyszysz Mikołaju!?!?

 

3 komentarze

Komentowanie zamknięte.