Miasto latem

150 150 FotoPropaganda

Przejazd wzdłuż plaży od kilku dni stał się praktycznie niewykonalne. A jeśli nie niewykonalny, to co najmniej bardzo niebezpieczny. Nie wiedziałem, że moja szyja ma tyle mięśni i że one potrafią boleć. Widocznie to samo schorzenie miłą pan jadący przede mną, bo gwałtowne hamowanie przypomniało mi, że jednak patrzenie na boki nie jest najrozsądniejszym sposobem prowadzenia samochodu. Cóż jednak zrobić, gdy okolice Jelitkowa dosłownie „zakwitły” ciałami. Ciała się przemieszczają, chodzą i poruszają się wzdłuż ulic. Niestety. Uważam, że z pełną odpowiedzialnością za bezpieczeństwo, służby miejskie powinny zakazać przechadzania się „ciałom” koło ulic. Ciała powinny leżeć tam gdzie nie ma samochodów. Boleśnie skończył się bowiem brak takiego zakazu dla pana przede mną. Ja wyhamowałem. On nie.  A „ciało”? Cóż, ciało poszło sobie na plaże uśmiechając się zalotnie. Na ulicy zostało dwóch kierowców, którym lato zbyt nadwyrężyło mięśnie karku.

Wraz ze wzrostem aktywności ciał w okolicach plaż, wzrasta jednocześnie pustostan miast przymorskich. Taki Gdańsk latem, to do godziny 9:00 rano pustynia. Jedynie etatowi pracownicy przemykają we wczesnych godzinach po Długim Targu. Godzina 9:00 jest jakby otwarciem bramki na stadion dla tłumu kibiców. Nie wiem skąd to się bierze, ale od 9 na Długiej, tłumy niemieckich i hiszpańskich turystów narastają w tempie kwadratowym. Co minutę, dwa razy więcej. Apogeum osiąga Stare Miasto w okolicach 13:00. Wtedy naprawdę ciężko przejść.

Tymczasem, oba te zjawiska są świetnym polem do popisów dla wszędobylskich i wszystkolubnych streetowców.

– Fajny aparat! – głos wyrwał mnie z cienia, który osłaniał obiektyw przed bezpośrednie atakiem słonecznego UV.

– ?

– No mały taki… – jakby usprawiedliwiając posiadanie gigantycznego body, wtrącił Nieznajomy.

– Też masz fajny, duży taki. – musiałem zreplikować, bo czułem podskórnie, że posiadacz tak wielkiego aparatu chyba zasłużył na wzmiankę o jego gabarytach.

– E… są większe.

– ?

– Wie pan, zależy od tego jaki szkło podepnę. – pewna wypracowana gwara fotograficzna (poświecę jej chyba kolejny wpis) daje często znak, że mówimy z kimś trochę bardziej doświadczonym.

– A jakie szkła pan podpina zazwyczaj na ulicy? – spytałem, bo wielkość torby (ściśle odpowiadająca gabarytom aparatu) musiała sugerować zawartość większą niż jedno szkło zapięte na aparacie.

– Oj różnie to bywa. Wie pan.. do portretu inne, do streeta inne, a i architekturkę czasami się cyknie. Zależnie od sytuacji. Trzeba być przygotowanym. Ale u Pana widzę mała torba, mały aparat i malucieńkie szkło…?

– No tak, wie pan kasy nie mam (bezczelne kłamstwo!), poza tym im mniej w rękach, tym łatwiej operować i wcisnąć się niezauważonym. – starałem się skierować rozmowę w stronę inną niż sam sprzęt.

– A tak. Racja. Pan wie ile ja mam kłopotów jak chce coś zrobić „niezauważony”!? Ludzie traktują mnie jak jakiegoś reportera z GW lub nie daj boże turystę z USA. A ja po prostu lubię tym pracować i lubię jakość plików.

– Aaaa to cyfrówka, tak? – po chamsku naciągałem ulubioną sprężynę moich frustracji.

– No tak, tak. Po cholerę teraz mi analog… O przepraszam, nie mam na myśli generalnie analogów. Po prostu skalkulowałem i wychodzi mi lepiej, taniej i szybciej. No i więcej…

– Spoko, ja to rozumiem, tak tylko czasami się nad tym fenomenem zastanawiam.

– A co pan fotografuje? – teraz Nieznajomy kierował rozmową.

– Oj różnie, ale generalnie to chyba się nazywa właśnie street, a może po prostu robię fotki na ulicy, tak po polskiemu – zniewalająca definicja odbiła się grymasem na twarzy interlokutora.

– No tak, z tymi definicjami i z tym szufladkowaniem to różnie bywa… ja w sumie to samo najczęściej. To co mnie interesuje. To co ciekawi.

– I jak dzisiaj? Dużo już ludzi, można coś złapać. – kusiłem.

– Eee bez większych efektów, ot teki tam cykanie – krygując się trochę przeglądał wyświetlacz.

– Dużo pan zrobił? – kusiło mnie by zacząć ironizować, by wejść na nutę delikatnego szczypania po kostkach.

– Ja wiem… to druga karta.

– ?? nieźle…

– Myśli Pan? – pogubił się trochę i już nie wiedział, czy gramy w ironię, czy faktycznie zdumiałem się.

– No wie pan, ja zrobiłem …. eee.  no nic nie zrobiłem jeszcze. Od 3 godzin łażę. Bez pomysłu.

– Bywa. Często tak miałem. Odkąd mam cyfrę, idzie łatwiej. Zawsze mogę skasować i w sumie wychodzi, że foty nie było.

– Trochę takie oszukiwanie się…  – brnąłem w szczypaniu.

– Ja wiem…? Po prostu często próbuje, dokonuje testów powiedzieć można. Komu to szkodzi? Mnie na pewno nie – zdenerwował się trochę. – Zresztą niech Pan zobaczy…

No wreszcie, teraz będę mógł z dziką satysfakcją popatrzeć na te seryjne foty, na te dziesiątki bezsensownych cyków zrobionych aparatem za 25 tys zł, który zapisuje karty szybciej niż ja podnoszę aparat do oka, na te nieprzemyślane kadry i wątpliwej jakości kompozycję, teraz nadejdzie moja chwila…

?

Pierwsze zdjęcie było sygnałem do mózgu, że coś jest nie tak. Przekręcenie kółka w prawo ukazało kolejny kadr. Foty są BW. To najpierw mnie zdziwiło. Ponowne przesunięcie i nagle znajduję się w świecie Bressona. Kolejne i pojawia się znany, zapisany w mózgu schemat Kertesza. Dalej jest tylko lepiej, przed oczami migają mi w rozmiarze 3-calowym portrety a’la Avedon, uliczne dziwolągi Arbus i zdumiewające wprost prostotą architektoniczne majstersztyki mojego własnego miasta. Serią kolorowych 5 ujęć w stylu Parra zwalała z nóg.

Musiałem mieć głupią minę. Nic nie mówił. Czekał. Ja też nie mówiłem. Spojrzeliśmy po sobie. Bez słowa. Krótkie podanie ręki i każdy poszedł w swoją stronę.

Tak… lato jest dziwne w mieście.

9 komentarzy
  • Rudolf

    Iczku, naprawdę, nieładnie się zachowujesz.
    Jeśli odkryłeś tak wspaniałego fotografa (a zakładam, że to prawdziwa historia, przecież nie robiłbyś sobie jaj z poważnych czytelników), to powinieneś go trochę tutaj popromować dając jednocześnie nam możliwość schylenia głowy przed talentem.
    Ja na ten przykład zawsze czuję dreszczyk emocji, jak odkrywam nowych dobrych autorów i strasznie mnie zaciekawił ów jegomość!

  • iczek

    @Rudolf – byłoby nietaktem upubliczniać nazwisko Nieznajomego skoro sam się przedstawił jedynie tajemniczym imieniem (nomen omen) – Marcin :)
    @hubert – coś w tym jest :)

  • Lee

    Zazdroszczę, ale też się dziwię, że ktoś potrafi zapamiętac co do słowa i wzdechnięcia całą z kimś rozmowę.

  • 67

    a ja nadal nie rozumiem tego zrazenia cyfrą jako ‚ilościówki’. wszystkoa zależy od fotografa. Ja czasami biorę w ręce wyzłużone d40, i robię tylko dobre zdjęcia (w założeniu). czasem człowiek kilka dni chodzi, zanim znajdzie obiekt, warty sfotografowania. tak mało jest interesujących ludzi.. [lubie portrety]

  • Tomek

    Można i tak ale dla mnie osobiście najwyższy poziom na jakim może być ktoś robiący zdjecia to taki, gdy patrząc na nie nie widzisz kadrów Bressona, Kertesza, tylko widzisz kadry przykładowego Marcina. Są tacy w Polsce, których zdjęcia można ropoznać na pierwszy rzut oka i nie potrzebują jakiegoś znaku wodnego.

Komentowanie zamknięte.