Progres?

150 150 FotoPropaganda

Ostatnio wpadła mi do odtwarzacza płyta Princa. Jakaś składanka „thebestof”. Lata 80 i 90 raczej. I jak słucham tej płyty to się zastanawiam, jak to możliwe, że gość w roku 90 nagrywał rzeczy, które zawierały w sobie wszystko, co tak usilnie starają się wymyślać współcześni „muzycy”. Ten cudzysłów jest uzasadniony…. bo to raczej kiepskiej jakości podróby muzyków. Kiedy słyszę współczesne kawałki, to mam ochotę wysłać tym muzykom kilka wybranych ad hoc utworów Princa z tamtych lat. On ich przeskoczył o dwie, trzy dekady, a oni walczą nadal z banalnym harmonizowaniem. Jednym słowem, nowe trendy w muzyce umarły jakieś 10-15 lat temu i od tej pory kręcimy się w kółko, a to kółko jest coraz ciaśniejsze i wkrótce mam nadzieję, zostanie tylko cisza i stare nagrania.

Nie bez uzasadnienia jest ten wstęp. Sytuacja analogiczna wydaje się dziać w sferze fotografii. „Wszystko już było” mawiają niektórzy krytycy i jest to argument zarówno w stronę tych, którzy coś starają się jednak stworzyć i marnie to wychodzi, jak i argument usprawiedliwiający działania powielające, bo skoro wszystko już było, to nie możemy zarzucać twórcom, że kopiują, naśladują i powielają…  A ja pytam się, dlaczego nie możemy!?  Jeśli dana skopiowana, powielona, naśladownicza praca NIC nie wnosi nowego w sferę dyskusji o danym temacie, to jakaż to ma wartość…?! Żadną. Znaczy ma wartość jedynie dla autora, ale dla widza?

Co mi po tym, że ktoś zrobi zdjęcia pustego pola, skoro jego pole nie daje mi nic więcej niż pole sfotografowane przez Adamsa lub Westona lat temu 30…!? Gdyby to pole było naprawdę podane w nowej szacie, nowej formie, z jakimś zamysłem, to spoko. Mogę to łyknąć. Ale mam czapkować artystom współczesnym, tylko dlatego, że w ogóle coś zrobili!? No way!

Ja niestety zaczynam stać w kręgu tych, dla których „Wszystko już było” oznacza niestety poważny problem twórczy… :(
Bo ja modyfikuje to twierdzenie w stronę: „Wszystko, co dobre już było”! Im więcej kupuje albumów mistrzowskich, tym bardziej widzę swą kruchość i kruchość tego, co wokół mnie w danym temacie fotograficznym. Kilka dni temu, zjechały do domu trzy albumy z Amazona. Wreszcie zakupiony (obowiązkowy) „William Eggleston’s Guide”, „Kertesz” (Editions Hazan) oraz…. Stephen Shore „Uncommon Places”. I właśnie ten ostatni album wywarł na mnie największe wrażenie.
Podszedłem do niego jak do jeża. Nie lubię bowiem tego typu fotografii. Taki dokument niedokończony, z jakimś dziwnym ulotnym znakiem firmowym poszczególnych autorów. Zero emocji. Sama obecność fotografa zaznaczona na kadrach, najczęściej pustych w istnienia. Czyli prawie nikogo tam nie ma. I nagle dostałem po łepetynie starej i głupiej.
Jak zasiadłem po uśpieniu „dzieciorów potworów”, tak nie wstałem do rana. Nawet nie wiem od czego zacząć i czym Was przekonać, że warto wywalić na to 34,65usd.

fot. Stephen Shore

fot. Stephen Shore

fot. Stephen Shore

Może więc zacznę od rzeczy najbardziej głupiej, od jakiej można zacząć… od jakości.

Możecie sobie skopiować te zdanie: Uważam, że w roku 2011 nadal nie istnieje żaden aparat cyfrowy, który potrafi tak oddać kolory i przejścia tonalne, jak kamery wielkoformatowe i materiał diapozytowy!
Ten album jest tego przykładem. I guzik mnie interesuje, czy mówimy tutaj o pikselach, plastyce szkieł, czy innych bzdetach. Prawda jest taka, że jak oglądam ten album, to obrazy wychodzą do mnie. Kolory są doskonałe w swej spranej, gorąco-zachodnio-amerykańskiej aurze i tonalność jest powalająca. Nie spotkałem równie plastycznego albumu wydanego w erze wspaniałych ponoć aparatów cyfrowych. Po prostu nie ma co porównywać. I nie wchodzę nawet w dialog z oponentami. Nie i koniec. Tak po prostu uważam.
Czy poza ta techniczną stroną jest coś istotniejszego. Oj jest. Oglądanie albumu Shora to jak łykanie pigułek na uspokojenie. Każda kartka wydaje się być kolejną dawką uśmierzacza bólu bycia tu i teraz. Płynie się. Płynie się po kolejnych fotografiach i popada się w stan daleko idącego wyciszenia. Oczywiście, że ma znaczenie to kiedy były robione zdjęcia, których większość powstała we wczesnych latach 70 i obrazy dzięki temu są atrakcyjne dla nas. Niemniej, proponuje aby każdy wyszedł na ulice swojego miasta lub innego miasta i popróbował zrobić choć jedno zdjęcie w klimacie Shora…! Niesamowita prostota, przy jednoczesnym złapaniu w kadr czegoś, co jest głębsze od setek komentarzy i wyjaśnień. Shore gada z nami kadrami i naprawdę nie musimy znać angielskiego, nie musimy nawet mieć tego samego kodu komunikacji, te obrazy bronią się zawartością, której na pierwszy rzut oka niby nie ma.
Kiedy sięgnąć po zdjęcia współczesnych „dokumentalistów” to ilość niepotrzebnych akcentów wpakowanych w każdy kadr odrzuca od razu. To jest bełkot. Bełkot opakowany ilością zdjęć i manierą wmawiania nam, że tak jest jak widzi to fotograf. Shore nic mi nie wmawia. Nie naciska. Nie wymusza odbioru. Shore robi zdjęcia, które są treścią zagadują mnie same. Nie musi uzasadniać fotografowanych miejsc ich dodatkowymi atrybutami. One są i on umie je fotografować.

Shore fotografuje też ludzi. Ale robi to w taki sposób, jakby fotografował dopiero co minięty samochód czy budynek. Dokładnie z tym samym bezinwazyjnym kadrowaniem.

fot. Stephen Shore

fot. Stephen Shore

Po prostu notuje aparatem stan zastany. Nie przebudowuje zawartości rzeczywistości i robi to lekko, pojedynczymi kadrami.

Mógłbym napisać, że moim zdaniem fotografia w 2011 roku (epoce cyfry)przeżywa regres. Ale to byłoby błędne logicznie, bo regres zakłada znikanie czegoś. Cofanie się w ilości czegoś. Np. komórek choroby w medycynie. My natomiast przeżywamy w XXI wieku regres fotografii przez progres. Zdumiewające. Progres w ilości, w technice, w jakości, która się nam wmawia, prowadzi do coraz szybszego regresu treści, znaczenia. Nasz wiek, to wiek fotograficznego regresu przez progres. Ci, którzy lubią się uspakajać i przypomnieć sobie o co chodzi w fotografii, niech kupią Shora.

7 komentarzy

Komentowanie zamknięte.