Aparat rodzinny

150 150 FotoPropaganda

Samochód rodzinny musi mieć pewne przynależne tylko jemu walory. Duży, bezpieczny, tani w eksploatacji i w jasnym kolorze. Nie dziwne więc, że odsetek wersji nadwoziowych kombi jest naprawdę duży wśród sprzedawanych aut. Do tego dochodzą te wszystkie dziwne vany i minivany. W sumie ponad 70% pojazdów na ulicy to samochody rodzinne.

Rodzinne mogą też być imprezy – te też mają swoje stałe cechy bez względu na rodzinę –  zawsze przewidywalne: wujek od wódki, ciocia od ględzenia o dzieciach, szalejące dzieciaki, zdeptane zabawki przez babcię, no i oczywiście miski z czipsami i napoje colo-podobne. Acha… jeszcze te torty z naklejonymi z jakiegoś sztucznego gówna obrazkami Autek lub innych Bobów Budowniczych i Witchów.

Rodzinny może też więc być i aparat. W sklepach internetowych nie znalazłem na razie kategorii „aparatów rodzinnych”, czemu się w sumie dziwię. Bo przecież taki aparat bardzo łatwo skategoryzować. Spróbujmy…

Aparat rodzinny:

  1. musi być mały
  2. musi być tani
  3. musi mieć co najmniej dwucyfrową ilość pikseli (cokolwiek to znaczy)
  4. musi mieć wyświetlacz (liveview)
  5. baterie (akumulator) musi starczać na co najmniej 2000 zdjęć
  6. musi być wstrząso- i wodoodporny
  7. musi kręcić filmiki (to powinno  być na pierwszym miejscu)
  8. musi mieć pasek
  9. nie może mieć dekielka na obiektyw (w razie gdyby miał – ten od razu zostanie zgubiony)
  10. musi mieć łatwy i banalny do granic soft do przeglądania i zgrywania fotek
  11. musi być w fajnym kolorze (związek frazeologiczny ‚fajny kolor’ – obejmuje zakres opinii tylko jednej osoby w domu)

A więc jak widzicie nie jest to wcale problem kupić taki aparat. Wszystkie pojęcia względne zastosowane w specyfikacji są oczywiście do naginania. Dla mnie np. tanim aparatem jest Rollei Sportsline 90, który kupiłem synowi aby na basenie robił sobie zdjęcia. W instrukcji i w reklamie (która mnie skusiła) jest napisane, że on jest „waterproof” do 3 metrów. Basen ma 1,3m. Aparat przestał działać dokładnie po 1 minucie i 30 sekundach od wejścia na basen. Nawet nie został włożony do wody. Po prostu syn go ochlapał. Wyświetlacz zalany. Aparat odesłany. To był klasyczny aparat rodzinny.

Canon A.. coś tam… służy mi już 4. rok. Aparat jest tradycyjnie kąpany w morzu latem. Zrzucany przez kolejne pokolenia z półek na parkiet, blokuje się w nim wysuwanie obiektywu, pasek się oderwał, a ilość pikseli jest jednocyfrowa. Aparat działa i też jest klasycznym przykładem aparatu rodzinnego. Wspomnę tylko, że oba kręcą filmy!:)

Trzecim aparatem rodzinnym jest wypasiony Canon 400D. I to jest maszyna, która z roku na rok mnie coraz bardziej zdumiewa. Może dlatego, że wrzucane jak ziemniaki do jednego katalogu zdjęcia z wszystkich tych aparatów ukazują logiczną przewagę lustrzanki. Aparat ma zgubiony dekielek, w myśl zasady aby aparaty rodzinne ich nie miały. Jest cały poobijany. Nikt nie przejmuje się brudnym od jajecznicy tubusem zooma, który to zresztą sprawuje się doskonale jak na amatorski kitowy obiektyw za 100zł.

Zapewne i Wy macie aparaty rodzinne. Są one nieodzowne. Gdy podczas spaceru rodzinnego, jakiś wariat nosi kamerę 8×10, to powiem Wam szczerze, że taki aparacik się przydaje. Naprawdę :)

Polecam Wam kupowanie aparatów rodzinnych. Robienie zdjęć rodzinnych (których ja nie robię) ma sens. Choć warto pomyśleć, nawet robiąc milionowe zdjęcie córce na rowerku. No i ta niewymowna przyjemność włożenia sobie takiego małego aparatu do tylnej kieszeni spodni. Bez toreb, bez pedałówek i saszetek wiszących u paska. Potem wystarczy tylko siąść na takim aparacie i znowu mamy zabawę z naprawą aparatu rodzinnego :)

9 komentarzy

Komentowanie zamknięte.