Na skróty

900 200 FotoPropaganda

Znacie ten dowcip na temat współczesnego „skrótowego języka” używanego obecnie…
Na ulicy spotykają się dwaj dawni koledzy z liceum. Jeden z nich wstąpił do seminarium:

Cze Romek! – zwraca się do kolegi w sutannie dawny kolega.
Pochwa! – odpowiada rezolutnie Romek.

Cudne, nieprawdaż? I tak na kanwie tego żarciku zbudowałem sobie taka teorię odnośnie „fotografii skrótowej”. Mam bowiem jakąś dziwnie swędzący mnie w zakamarkach mózgu myśl, że obecnie jakoś łatwiej nam iść na skróty przy fotografowaniu. I wcale nie mówię tutaj o nośnikach cyfrowych, raczej o mentalności osób trzymających aparaty.

Nadal dzwoni mi w uszach głos Tadeusza Rolke, że swój projekt fotografowania pożydowskich miast i miasteczek prowadzi już 15 lat i nadal fotografuje kolejne miejsca. Czy więc długość trwania projektów ma wpływ na jakość fotografii i efekt końcowy… o ile w ogóle doczeka końca? Trudno powiedzieć.
Przecież historia fotografii zna przykłady przeciągania projektów trwających w nieskończoność, z użyciem setek czy tysiące  klatek. Sztandarowy William Eugene Smith, którego „opętało” miasto Pittsburgh, a i bratni film doczekał się „Obywatela Kaina” Orsona Welles’a, którego produkcja to osobna historia kina :)
Akurat tak się składa, że stoję przed pewnym przedsięwzięciem, które ponoć (!?) wymaga ode mnie zorganizowania wystawy indywidualnej. I oto spoglądając na to, co zrobiłem w ciągu ostatnich lat, pewnie tak 4-5, nie wydaje mi się (bez żadnej udawanej skromności), abym posiadał jakikolwiek zestaw portretów na wystawę. Nie czuję aby to był dobry moment do pokazania czegoś spójnego… czegoś od początku do końca przemyślanego i wykonanego chociaż w 80%. Ja nawet nie wiem czy kiedykolwiek będę w głowie miał taką świadomość?! Może nigdy nie mamy tej pewności i dlatego większość wystaw, które oglądam są totalnie wyrwane z jakichkolwiek ram, ułożone bez sensu, nie przygotowane koncepcyjnie…

A jednak. Zmusza się mnie do tego abym zebrał w całość, to co robię. Abym postarał się jakoś uporządkować swoje rozwleczone fotografowanie. Zebrać w te krótkie: „Pochwa!”.

Może więc lepiej jest działać szybko i sprawnie, założyć sobie określone ramy czasowe i przestrzenne i robić projekty sprawnie, szybko, zamykać je i iść dalej. Przeć naprzód. Byle dalej, byle pobudzać własną inwencję. Nie dbać o wygląd całości…? Do tego też skłania nas teraz, a raczej ułatwia nam to sposób fotografowania i dostępność efektu końcowego. Kiedyś, aby przygotować odbitki większe niż pocztówka, potrzebny był powiększalnik, potrzebne były ramy, spędzało się godziny mocząc dłonie w wywoływaczu itd… To wszystko sprawiało, że podczas tych godzin człowiek nadal patrzył na swoje prace, nadal się zastanawiał, nadal myślał.
Teraz załatwia się to jednym kliknięciem i na drugi dzień, a nie raz i tego samego wieczoru, możesz odebrać odbitki metr na siedemdziesiąt podklejone na kapie, z przyczepionymi zawieszkami pod sznurek, oklejone folią zabezpieczającą. Czyli robimy sobie wystawę w kilka godzin. Jasne, wiem, że najważniejsze jest to, co na tych zdjęciach i ile czasu poświecimy na wybranie ich, ale nie zmienia to faktu, że ilość oglądanych przeze mnie „wystaw” w kawiarniach, pubach, w klatkach schodowych jest przeogromna, a ich poziom jest równy wysokości sali, która zazwyczaj prze przekracza 2,15m lub dzieje się w podziemiach :)

Pojęcie wystawy, a co za tym idzie, pojęcie projektu fotograficznego, którego zwieńczeniem (w moim rozumieniu) jest wernisaż, zdewaluował się straszliwie. I kiedy słyszę, że powinieneś zrobić wystawę, aby mieć w CV indywidualną, autorską wystawę, to mnie ściska w dołku, bo ja nie widzę ani sensu w chwili obecnej, a przypominam wszystkim chętnym do wystawiania się, że zdarzały się wybitne jednostki fotograficzne, uznawane teraz za arcymistrzów, którzy robili wystawę raz w życiu. Może dwa.

Wracając więc do długości projektów. Jeśli przyjąć, że całe nasze życie jest też projektem, którego założenia powstają za młodu, a modyfikowane są wraz ze zmniejszającą się linia kredytową na koncie [:)], to możemy też założyć, że nasza fotografia też może trwać bez zdefiniowanego końca. Ot, pstrykamy co pod oko podejdzie.  To jednak droga donikąd.
Jednak, już choć ciut zaangażowany autor zorientuje się, że fotografowanie byle czego i bez zamysłu szybko się dewaluuje. I zaczynamy mimowolnie nawet szukać tematyki, którą chcemy ogarnąć. Zaczyna się projekt. Potem drugi, trzeci, niektóre z nich nie kończą się nigdy, niektóre odzywają po latach przerwy.
Ale one są… dzielą nasze fotografowanie na pewne obszary, cykle, szuflady i to jest nam potrzebne. Nawet jeśli ma trwać lata. I dlatego nie warto zbyt pochopnie „się wystawiać” dla samej sztuki zawiśnięcia na ścianie. Nie warto! Nie warto karmić własnego ego podłym wernisażem i podłym projektem bez końca, rozwinięcia i zakończenia. Wiem, co mówię, bo popełniłem takie błędy. Nadal popełniam. Dlatego też Was przestrzegam.

Nic na skróty! Róbta co chceta, ale zamykajcie to jakoś. Myślcie długofalowo. Myślcie cyklami, projektami. Bo to gada i opowiada widzom o Tobie, jako autorze. O bohaterach, jako o temacie.
Żadne: „Pochwa!”
Wyłącznie: „Pochwalony!” :)

Stanisław, fotograf
(z cyklu „Twarze gdańskie”) Kumaka Studio, marzec 2010

20 komentarzy
  • Marcin

    Mam pytanie, kiedyś na blogu pisałeś wzruszającą historię o pewnej Pani, która poprosiła Cię o dokończenie projektu, rozpoczętego przez jej zmarłego męża. Niestety nie znalazłem odnośnika, ale chciałbym się zapytać, jaki był dalszy ciąg tej historii.

  • iczek

    Był :)
    Odbył się wernisaż prac moich i jej syna u niej w galerii. Zamysł opierał się na obrazach Kuby, które powstały z inspiracji moimi portretami. Dyptyki wisiały w galerii.
    Zresztą, nadal współpracuje z ta Panią :) Jest to jeden z najlepszych kontaktów i nieprawdopodobnych zdarzeń w mojej działalności foto :)

  • Macin

    Nic tylko polać, bo dobrze piszesz…zgodnie z tym co mówisz wernisaż to nie tylko szacunek do odbiorcy ale i do siebie, oby było go tyle żeby choć raz zobaczyć jedna wystawę może pod koniec linii kredytowej;)
    zgodnie z temat nie, pzdr, tylko pozdrawiam

  • wujek db…

    To co napisałeś, to rzeczywiście prawda. Jest jednak niestety i druga strona medalu. A imię jej „forsa”. Żeby móc coś dokończyć i pokazać w naprawdę odpowiedniej formie – trzeba tą forsę posiadać, a do tego najlepiej być już „tym znanym”. A jak tu być znanym w dzisiejszych czasach, kiedy znani są tylko Ci, którzy funkcjonują w mediach, w świadomości ludzi. A z kolei funkcjonują Ci, którzy niekoniecznie dbają o „zakończenie” – a po prostu pchają się na tapetę. I tak oto Ci ambitni mający coś do pokazania, siedzą gdzieś cicho, a bylejakość wylewa się z każdej strony… W końcu i tych ambitnych szlag trafii i dojdą do wniosku, że nie można siedzieć cicho – trzeba coś pokazać. Choćby niedokończonego, choćby nie w takiej formie jak by się chciało… Takie życie…

  • Macin

    wujek db… myślę ze tu chodzi o charakter a nie pieniądze…w kontekście wpisu pokazanie projektu to głównie problem znajdujący się w nas a nie w portfelu, i nie uważam żeby to stanowiło główna barierę biorąc pod uwagę wpis, ślub i wesele tez bierze się czasem trzy razy i kasa na to zawsze się znajdzie…(może porównanie dziwne ale pasuje)

  • Rudolf

    „(…)stoję przed pewnym przedsięwzięciem, które ponoć (!?) wymaga ode mnie zorganizowania wystawy indywidualnej(…)”

    „I dlatego nie warto zbyt pochopnie “się wystawiać” dla samej sztuki zawiśnięcia na ścianie. Nie warto! Nie warto karmić własnego ego podłym wernisażem (…)”

    Czuję, że ten wpis, to jakby tłumaczenie się z tego, że jednak zamierzasz ulec tej „presji” i się wystawić wbrew swoim zasadom.
    Dobrze czuję?

  • iczek

    Na szczęście źle czujesz, bo właśnie z tego powodu, postanowiłem powiedzieć systemowi: NIE!
    Przynajmniej na razie… aż dojrzeję ja albo ONI :)

  • iczek

    @wujek db…: zawsze było tak, że na „bezczela” wiele idzie załatwić szybciej, ale czy to znaczy, że mamy tak robić?
    No wiem… kasa…
    Dodałbym jeszcze, że poza kasą liczą się tzw. układy i układziki lokalne. Jak patrzę na to, co wyprawia się w warstwie ekspozycyjnej w Gdańsku to mi się serce ściska, że widzę to samo towarzystwo „niby młodych” twórców, którzy, jak celnie mawia Jarosław: „robią wszystko w 5 minut na komputerze, w myśl pewnego założenia szkieletowego” :) I gdzie tutaj miejsce na skończenie projektu, ba! gdzie tutaj miejsce na przemyślenie projektu…!?
    Ot i cała prawda o wystawach obecnych…
    Może warto z tym powalczyć i nawet poczekać 3-4-5 lat na kasę, sponsora… docenienie..?
    Nie wiem….

  • darek

    wsadze kij w mrowisko. Przestan marudzic tylko zacznij dzialac. Piotrek, problem nie lezy w kasie, w ukladzikach i czym tam jeszcze. Poprostu macie lenia :)

  • Rudolf

    „(…)postanowiłem powiedzieć systemowi: NIE!”

    No niby fajnie (i gratuluję), ale wiesz, takie igranie z systemem to może Ci nie wyjść na dobre :)

  • Maciej

    Jak miło przeczytać taki wpis, sam borykam się z pewnym projektem, który zapoczątkowałem 4 lata temu i zaczynałem od cyfry, potem wykonałem pewne szkice małym obrazkiem, następnie część prac średnim formatem, a teraz uznałem, że tak na prawdę w rachubę nie wchodzi nic innego jak wielki format. Do tego w trakcie realizacji zdjęć wpadałem na nowe coraz to odważniejsze pomysły i ostatecznie praktycznie odstąpiłem od pomysłów, które na początku uznawałem za genialne. Zanim ukończę cały projekt wernisażem z ręcznie zrobionymi odbitkami długości 1m x 1,2m zejdzie jeszcze dobre 4-5lat ale wiem że będzie warto…

    Pozdrawiam Piotrze i popieram każde Twoje słowo!

  • rafalR

    „Jednak, już choć ciut zaangażowany autor zorientuje się, że fotografowanie byle czego i bez zamysłu szybko się dewaluuje. I zaczynamy mimowolnie nawet szukać tematyki, którą chcemy ogarnąć. Zaczyna się projekt. Potem drugi, trzeci, niektóre z nich nie kończą się nigdy, niektóre odzywają po latach przerwy.
    Ale one są… dzielą nasze fotografowanie na pewne obszary, cykle, szuflady i to jest nam potrzebne.”

    Jak najbardziej się z Tobą zgodzę u mnie na początku to był rzeczywiście jakiś tam zlepek zdjęć sytuacyjnych, lecz po pewnym czasie zaczynałem widzieć „projektem” tzn. interesował mnie jakiś temat, który starałem się kontynuować, niektóre zdjęcia same zaczęły się układać tematycznie tworząc pewien cykl. Także rzeczywiście coś w tym jest.
    Natomiast z wystawą to na pewno jeszcze dłuuugo poczekam.
    pozdrawiam

  • hubert

    To chyba kwestia ambicjonalna – być sobą, czy zaistnieć pomimo siebie. Wyjść z cienia kosztem dyskomfortu, a siedzieć i robić w zaciuszu swoją robotę.
    Szmira, chaos i potok zalewających nas obrazów jest proporcjonalny do szybkości naszego życia, stąd mody na slow food, slow holiday, slow fotography (http://www.fotopolis.pl/index.php?n=10641), itd…I to jest fajne (akurat to słowo mi tu pasuje).
    Na muralu obok przedszkola ulicę dalej jest Bolek i Lolek wykrzukujący hasło: „Każdego dnia musi być coś do przodu”.
    Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las. Chyba warto coś po sobie zostawić, póki nie jest za późno. Cokolwiek wartościowego – zaczyn projektu to punkt wyjścia. I można z tym wyjść do ludzi, pokazać gdzie jestem dziś. Taka może byc przecież idea projektu – od…do…. pokazująca ewolucję tematu, treści, technik, naszej wrażliwości na linii czasu. Taki temat on going/w drodze/w ciągłej teraźniejszości…

  • wujek db…

    Wszystko to prawda, tylko ze nie mozna popadac w skrajnosci. Iczek, ja bym zdecydowanie wolal ogladac na wystawach Twoje niedokonczone i niedorobione projekty, niz to co kroluje obecnie.
    Uwazam, ze to tragiczny problem. Mamy w opozycji 2 podejscia, dwie grupy. Jedna grupa perfekcjonistow – ktorzy nie upublicznia czegos, co nie jest idealne, a ze stworzenie rzeczy idealnych jest prawie nierealne – wiec nie pokazuja prawie nigdy. A druga grupa, ktora pokaze wszystko i wszedzie, byle bylo opatrzone ich nazwiskiem. Rezultat jest taki, ze grupa nr.2 zalewa swiat produktami o jakosci wiadomej. A zloty srodek – jak sama nazwa wskazuje – jest zapewne posrodku ;)

  • Tomasz Pawłowski

    cze icze :) Nie przesa z tym perfekcjo i długofalo proje ?

    Błędy? A czemu by ich nie robić? To też jest projekt. Trudno mi uwierzyć, żebyś nie mógł znaleźć jakiejś nitki, łączącej twoje różne prace. Myślę, że taką nitką jest choćby ten popularny blog i jego obfite komentatorium. Pozdro i nara.

    ps. Nie rozumiem jednak sytuacji „przymuszania” do wystawiania, kie licho?;)

Komentowanie zamknięte.